Co my tu mamy

czwartek, 2 maja 2013

Ivory Coast

Baza Tajlandzkich Sił Powietrznych Udorn, 21 listopada 1970 roku, godzina 18:00
Nad lotniskiem powoli zapadał zmrok. Przed największym z hangarów stało w dwuszeregu pięćdziesięciu sześciu rosłych mężczyzn w polowych mundurach. Z głębi hangaru wyszedł facet w mundurze pułkownika amerykańskich Sił Specjalnych. Stanął przed dwuszeregiem i przez dłuższą chwilę przyglądał się ludziom, których osobiście wybrał do niezwykle niebezpiecznej misji.
„Naszym zadaniem jest oswobodzenie około pięćdziesięciu jeńców wojennych więzionych w obozie zwanym Son Tay. Nasi chłopcy są trzymani tam w koszmarnych warunkach. Obóz leży o 23 mile na zachód od Hanoi. Jest silnie strzeżony, więc pamiętajcie, że walczycie także o swoje życie. Jeżeli wpadniecie w łapy żółtków to nie śnijcie nawet o wydostaniu się z Wietnamu, chyba że macie cholerne skrzydła u stóp.” Echo z pustego hangaru zwielokrotniło grzmiący głos pułkownika. Przez krótką chwilę panowała cisza, którą zakłócały jedynie dźwięki wydawane przez cykady. Potem rozległy się wiwaty i okrzyki radości. Pułkownik uśmiechnął się pod nosem patrząc na reakcję swoich komandosów.

Ten pułkownik to Arthur "Bull" Simons. Człowiek legenda w siłach specjalnych, zielony beret. Był między innymi  uczestnikiem  rajdu na Cabanatuan na Filipinach, podczas którego komandosi uwolnili amerykańskich jeńców przetrzymywanych przez Japończyków w obozie koncentracyjnym.
Akcja w Son Tay miała na celu uwolnić amerykańskich jeńców. Akcja została wzorowo zaplanowana i przygotowana, ale nie przyniosła pożądanego efektu.  Więźniowie zostali dużo wcześniej przeniesieni do innego obozu  Zawinił wywiad. Jak to często bywa, jak wywiad mówi że "w tym miejscu coś jest, to tam dawno już tego nie ma" i na odwrót ;-)
Dla przykładu, w akcji wywiad podał iż koło obozu dla POW (Prison Of War) jest szkoła, która w trakcie akcji okazała się koszarami a domniemane boisko placem apelowym...
Żołnierze jednak dobrze przygotowali operacje i w starciu z żołnierzami ARVN  nie ponieśli strat własnych (jeden lekko ranny). Była to akcja, która służyła potem jako wzorzec do tego typu operacji.

O szczegółach operacji Ivory Coast można posłuchać w audycji Bogusława Wołoszańskiego. Aktor podkładający głos pod pułkownika jest trochę słaby, ale ogólnie audycja pod katem faktów historycznych godna polecenia ;-).

Sensacje XX wieku - Son Tay część 1
Sensacje XX wieku - Son Tay część 2
Sensacje XX wieku - Son Tay część 3 



Zielone berety w trakcie realizacji Ivory Coast

Do obozów trafiali głównie piloci, którzy byli zestrzeliwani nad północnym Wietnamem. W Hanoi niedaleko mauzoleum pośród wąskich uliczek jest "jezioro", z którego wystaje kawałek zestrzelonego w 1972 roku bombowca B-52. W jeziorze zatopione jest skrzydło i część nadwozia, natomiast reszta wraku znajduje się na placu w muzeum historii.

Wrak B 52, Hanoi

Piloci byli wyposażeni w zestawy survivalowe, mieli wiele rzeczy, które miały im pomóc przetrwać i przedostać się do sił własnych, między innymi mieli wielojęzyczne chusty.



















Jednak zestrzelony pilot nie miał co liczyć na taką pomoc. W większości wypadków po dłuższej lub krótszej próbie przedzierania się przez dżunglę trafiali do wietnamskich więzień.


To tyle z ciekawostek historycznych odnośnie  Son Tay. Spędziliśmy tam 2 dni. Bardzo przyjemne miasteczko, w którym cudzoziemiec jest niecodziennym widokiem i na każdej ulicy spotykaliśmy się z wesołym "hallooo"..i  na tym się kończyło, bo tylko tyle umieli powiedzieć ;-)  Więcej o Son Tay u Maji w poście.

I znów jesteśmy w Hanoi

Po dwóch dniach relaksu w Son Tay skierowaliśmy się ponownie do Hanoi, w celu przedłużenia wiz. W Emigration Office potwierdzili moje obawy oparte o to, co czytałam w internecie - w Wietnamie nie można samodzielnie przedłużyć wizy turystycznej, trzeba się udać do biura podróży (i zapłacić prowizję a jakże). Na domiar złego Wietnamczycy mają swój długi weekend majowy już od poniedziałku (świętują 30/04 - Dzień Wyzwolenia Sajgonu i 1/5 jak u nas), więc na wizę przyszło nam czekać tydzień. Z początku źli na taki bieg wydarzeń szybko sobie cały ten czas zorganizowaliśmy.


Zdecydowaliśmy się nawet pojechać na wycieczkę do Halong Bay, nowego cudu natury, który tworzą liczne ostańce skalne wystające ponad taflę morza, które przybierają rozmaite kształty, pobudzające ludzką wyobraźnię. (Ten punkt programu mieliśmy odłożony na następną wizytę, gdy portfel będzie grubszy, by zrobić to z klasą,). Naczytałam się wielu złych opinii na temat wietnamskich biur podróży a w szczególności tej właśnie destynacji. Spodziewałam się zatem, że na naszym dwudniowym rejsie statek będzie inny niż na zdjęciach, obsługa słaba a jedzenia mało. Nie spodziewałam się jednak, że nie będzie NICZEGO! Otóż po przyjeździe do portu poinformowano nas, że wycieczka się nie odbędzie, bo nie ma zgody na wypłynięcie statków noclegowych (podobno miał być sztorm w nocy). W zamian miał odbyć się rejsik jednodniowy (czyt. 3,5 godzinny za podobne pieniądze, co pierwotna wersja o wiele bardziej rozbudowana). Jako jedyni nie wsiedliśmy na statek, chcąc odzyskać całość pieniędzy (z początku wielu było za tą opcją, jednak szybko się wykruszyli). Te kilka godzin spędziliśmy na plaży i molo z widokiem na zamgloną zatokę Halong Bay. Razem z nami (lub my wraz z nimi) tłumy Wietnamczyków, którzy przyjechali tu na długi weekend. Tak poznaliśmy cud natury od strony bardziej codziennej, jako zatłoczony nadmorski kurort. Pieniądze bez problemu odzyskaliśmy (choć byliśmy przygotowani na całodzienne skandowanie pod biurem, gdyby jednak poszło inaczej), choć pomniejszone o koszt transportu (podobno to faktycznie pogoda, na co faktycznie nie mieli wpływu). I tak plan odłożenia tego rejsu na przyszłość znów jest dla nas aktualny. My natomiast po raz kolejny przekonaliśmy się, że Wietnam nie taki straszny jak go malują (choć złość na odwołany rejs była).

Był też czas na odwiedzenie kolejnych atrakcji Hanoi: muzea, cytadela, parki, jeziora. I znów dnie kończyliśmy siedząc na małych plastikowych krzesełeczkach pijąc i jedząc:-) Polowaliśmy też na jakieś parady i huczne świętowanie Dnia Wyzwolenia Sajgonu, niestety mieliśmy pecha, bo w tym roku nic wielkiego się nie działo. Kilka koncertów i pokazów.  Do odwiedzonych miejsc dołączyła również Polska Ambasada, gdzie bez problemu pozwolono nam zadzwonić do polski oraz Szpital Francuski w Hanoi (niestety).


Niezauważalnie wsiąkliśmy w rytm miasta, z łatwością manewrujemy między tysiącem skuterów, samochodów i rikszarzy,  znamy ceny i nawet poznaliśmy kilka tras lokalnych autobusów. Przyjemnie nam w tej nietypowej stolicy, slogany nie kłamały mówiąc, że w tym miejscu pięknie łączy się stare z nowym i miesza się atmosfera wioski i metropolii. Cieszymy się jednak strasznie na myśl o jutrzejszym wyjeździe i opuszczeniu strefy komfortu:-) 

Galeria zdjęć



Son Tay - na chwilę schodzimy z motoru

Son Tay było przypadkowym przystankiem na naszej drodze, jednak okazało się na tyle urokliwym, że postawiliśmy poddać się tutaj rozleniwieniu i dać odpocząć zarówno sobie jak i motorowi. Nie mogąc znaleźć taniego guesthousu, wylądowaliśmy w eleganckim hotelu. Był on jednak tylko odrobinę droższy niż te, w których spaliśmy do tej pory! Centrum miasta z niską zabudową i niedużymi ulicami skupione jest wokół cytadeli, która obecnie pełni rolę magicznego parku ze starymi bramami wejściowymi, w które obecnie wrastają się potężne drzewa, świątynią, nieczynnym i starym wesołym miasteczkiem. Wokół płynie fosa oblegana przez wędkarzy.Wszędzie sklepiki, knajpki, restauracyjki, targi. Tutaj jedliśmy najlepszą zupę Pho podczas tej podróży, która stała się naszym gwarantem dobrze rozpoczętego dnia:-) Wieczorem atmosfera była weekendowa, balony, neony, masa ludzi na ulicach, małe wesołe miasteczka pełne dzieciaków, chodniki zapełnione krzesełeczkami, na których można przysiąść by napić się czegoś orzeźwiającego lub przekąsić.
A to była tylko środa!


Galeria zdjęć


Podróżujemy Razem w Co, gdzie, kiedy w Częstochowie


Maja i Bartek w podróży po Azji




środa, 1 maja 2013

Historia pewnej flagi

Naszemu motorowi  brakowało jednej rzeczy...

narysowaliśmy projekt flagi na kartce i wskazywaliśmy na kolory z otoczenia - wszystko jasne:-)

mierzenie i wykrajanie

Pani krawcowa wyszła z inicjatywą szukania dla nas kijka na flagę, po chwili dołączył ten Pan

Mission complete. Podziwiamy;-)



wtorek, 30 kwietnia 2013

W stronę południa - Dzienniki motocyklowe cz.4


16-19.04.2013
Trasa: Wioska ze szkołą gdzieś na drodze 279 - Pho Rang (od tego momentu zaczęliśmy kierować się na południe) -  Wioska 15km przed Yen The - Jezioro Thac Ba (droga nr 70) - Son Tay (drogą nr 319, 32c, 32).

Mieliśmy szczęście znajdując bezpieczne schronienie w szkole, bowiem od rana zerwała się straszliwa ulewa i wicher.


 Jak to w górach bywa, pogoda jest zmienna i po kilku godzinach zaczęło się przejaśniać. Błoto i kałuże na drodze jednak został, co dało nam w kość. Po drodze zatrzymaliśmy się w mieście Pho Rang, gdzie zrobiliśmy zakupy na targu, posiedzieliśmy na ulicy na malutkich, plastikowych krzesełkach (jak już chyba wiecie, to tutaj bardzo popularne) i...a to pokażemy wam w osobnym poście;-) Przed zmierzchem odbiliśmy na boczną drogę w stronę miasta Yen The w poszukiwaniu pagody i noclegu u miejscowych. Tym razem nie było tak łatwo, ale znów okazało się, że Wietnamczycy to gościnny naród (do czterech razy sztuka;-)) Całą wioska już wiedziała, że tam przyjechaliśmy i przy szukaniu gościny mieliśmy liczną publiczność. Tym razem zamieszkaliśmy na chwilę w nowym domu murowanym, z wysokim dachem pokrytym pięknymi dachówkami z liści palm. Dom składał się z jednego pomieszczenia, gdzie strefy były wydzielane za pomocą "zasłon", kuchnia jak zawsze była na zewnątrz, a za łazienkę standardowo służył kawałek wylewki na dworze z wiadrem wody i miseczką do polewania. Nasi gospodarze chyba nawet wyszli z domu, żebyśmy mogli się tam umyć. Wokół domu był staw hodowlany, więc nie zdziwiło nas, że zostaliśmy ugoszczeni rybkami (suszone a następnie grillowane małe rybki, po kilka wkładanych miedzy rozciętego bambusa i związane na końcu sznurkiem z bambusa). Oczywiście do naszych frytek (tym razem wyszły wyborne!) dostaliśmy garnek ryżu. Po raz pierwszy nikt nie chciał się do nas dołączyć. Na szczęście śniadanie zjedliśmy już wspólnie. W nocy obudził nas mężczyzna, który chciał od nas paszporty, z początku był przez nas spławiany aż dotarło do nas, że to policjant! Coś tam sobie spisał z tych paszportów, podziękował i pojechał. Rano w domu zebrała się cała familia, 6 braci od rana konsumowało wódkę ryżową (środek tygodnia, 7.30 rano;-) a wokół siedziały ich żony i biegała dwójka dzieci. Potem jeszcze za nieduże pieniądze naprawili nam flaka w tylnym kole i po długich pożegnaniach (rąk do uściśnięcia było wiele) najedzenie ruszyliśmy w  dalszą drogę.


Marzyło nam się biwakowanie nad brzegiem jeziora, więc podjęliśmy kolejną próbę zrealizowania tego pomysłu. Niestety i tym razem to nie było to, choć Ho Thac Ba było ciekawsze od tego odwiedzonego poprzednio to nie zauroczyło nas (wciąż większość brzegu jest niedostępna, powstało kilka "kurortów" i hoteli, gdzie z boku znalazłoby się miejsce na biwakowanie; można też popływać łódką lub na "bananie" albo po prostu się pokąpać). Na jeziorze zainteresowały nas pływające domki. Chętnie byśmy w nich zamieszkali na jedną noc, niestety były już "out of service".

Od przemieści miasta Pho Rang wzdłuż drogi 70 na południe, mieszkańcy w zdecydowanej większości zajmują się produkcją oklein z drewna (cienkie drewniane okleiny na np meble). Wzdłuż pobocza suszyła się ich ogromne ilości. Nie brakowało też ciężarówek na drodze, które gotowy towar zabierały .W jednym z zakładów zatrzymaliśmy się, aby zobaczyć jak wygląda proces ich powstawania.



Tego dnia przejechaliśmy długi odcinek (jakieś 250), co było możliwe dzięki płaskiej powierzchni, na którą w końcu wyjechaliśmy oraz świetnej, nowej drodze bez ciężarówek, którą mieliśmy szczęście jechać (32c). Dzięki temu tamtą noc spędziliśmy już w hotelu w mieście Son Tay. W końcu prysznic! :-D

Galeria zdjęć


środa, 24 kwietnia 2013

Na wakacjach w barze "pod bambusem". Dzienniki motocyklowe cz.3.


Jeszcze przed wyjazdem  z Dien Bien Phu poszliśmy na pyszne śniadanie - zupa Pho w jadłodajni i pierogi z ciasta drożdżowego od ulicznej sprzedawczyni. Najedzeni wsiedliśmy na motor. Czekała nas długa droga na wschód. Znów zrobiliśmy sobie przerwę w tym klimatycznym miejscu z bambusami, rzeką itd, o którym wspominałam w  części 2. Właściwie to miejsce, to nie typowy bar. Co prawda jest piwo i napoje z lodówki plus trzy przekąsek na zimno, ale jest to jednocześnie dom właścicieli. W dole płynie rzeka a po drugiej jej stronie na zboczu stoją tradycyjne domy. Piaszczystą ścieżką chodzą bawoły i mieszkańcy wioski. Gdy po raz drugi zawiśliśmy w hamakach pod bambusami, sącząc sobie zimne napoje stwierdziliśmy, że za bardzo nam się tu podoba, żeby jechać dalej. Zostaliśmy. Właściciele zgodzili się, żebyśmy się rozbili na noc. Tego dnia poleżałam w hamaku z książką, którą zakupiłam w Hanoi, Bartek podreperował motor, pokąpaliśmy się z dzieciakami w rzece, umyliśmy i pomalowaliśmy naszą hondę. A do tego zaproszono nas do spania w domu i została nam udostępniona kuchnia. Wieczorem jeszcze wspólna posiadówa i wyjście do kumpli z gospodarzem, gdzie też zostaliśmy ugoszczeni. "Żyć, nie umierać"!



Druga część drogi 279, na północny-wschód od miasta Tuan Giao była ciężka. Spore fragmenty drogi to było błoto, żwir lub dziury a czasami wszytko na raz. Zwłaszcza w okolicach nowo powstającej tamy, gdzie na terenach tych było widać wyraźną ingerencję człowieka w naturę - budowa tamy spowodowała zalanie dolin i sprawiła, ze roślinność do poziomu wody wymarła. Całe wzgórza były rozkopane, dla niewiadomych dla nas celów (poza tym, że pod nową drogę i ich infrastrukturę).


Dzień zakończył się udaną próbą zanocowania w szkole. Przy szkołach jest bowiem skromniutkie (w większości przypadków) zaplecze mieszkalne dla nauczycieli. Nam się dostał jeden z lepszych pokoików - higienistki, której najwyraźniej brakowało. Mogliśmy też sobie ugotować kolację i skorzystać z "łazienki" ;-) do łóżka pod moskitierę wygoniła nas już o 19.30 chmara owadów i tym podobnych...





Więcej zdjęć



Dien Bien Phu


"Około godziny 18.15 pod osłoną ciemności żołnierze wietnamscy osiągnęli opuszczoną transzeję stanowiącą zewnętrzny obwód obrony "Béatrice". Stąd do okopów legionistów pozostało jeszcze 200-400 m gołego pola, oczyszczonego przez załogę z wszelkiej roślinności. Nagle powietrzem wstrząsnął krzyk "xung phong" ('naprzód") atakujących falami Wietnamczyków...."

Książek na temat bitwy pod Dien Bien Phu napisano wiele zarówno po jednej jak i po drugiej stronie. Jakie by nie były wersje wydarzeń jeden fakt jest niezaprzeczalny. Ta bitwa zakończyła okres panowania Francji w Indochinach i pozwoliła Wietnamczykom na uzyskanie niepodległości. 


Do Dien Bien Phu dotarliśmy wcześnie rano, noc mieliśmy spędzić nad jeziorem w okolicach, gdzie kiedyś był bunkier generał Giapa (zostały tylko szczątki). W dolinie obecnie jest duże miasto, na cały nasz pobyt spotkaliśmy tylko jednego "białasa" z Włoch. Reszta turystów to Wietnamczycy. Dla nich to miejsce jest szczególne. W muzeum, które odwiedziłem miały miejsce sytuacje, gdzie po zakończaniu filmu historycznego na temat bitwy Wietnamczycy wstawali i  bili  brawo. 

Miasto jest typowe, wąska zabudowa, targi z jedzeniem i  duży ruch motocyklowy. Jest położone w dolinie, jest tam też duże lotnisko.  Natomiast śladów sławnej bitwy nie trzeba szczególnie szukać. Jest ich sporo. Ogromny monument zwycięstwa na górze D 1, muzeum bitwy, bunkier francuskiego dowództwa, parę sztuk czołgów M24 Chaffee, cmentarz żołnierzy Wietnamskich,  most (zamknięty dla samochodów) oraz wzgórze A 1.     Więcej zdjęć









Dzienniki motocyklowe cz.2

[16-19.04.2013]    Ciąg dalszy północno - zachodniego Wietnamu, to już było: wioska około 35km przed Son La - Son La (+ Ban Mong) - Jezioro Pa Khoang - Dien Bien Phu (okoliczne wioski w dolinie)


Kolejnym przystankiem na naszej drodze było miasto Son La. Całkiem spore, jednak jak dla nas bez klimatu czy uroku. Dało się za to kupić kilka brakujących nam rzeczy, odwiedziliśmy muzeum i byłe więzienie francuskie. Deszcz uziemił nas na jeden dzień dłużej w tym mieście, co nie było takie straszne, bo zakwaterowanie mieliśmy przyjemne. Skorzystaliśmy też z okazji i pojechaliśmy na gorące źródła, do których prowadziła boczna, wiejska droga, która sama w sobie była atrakcją. Co do celu wycieczki, mocno się zdziwiliśmy, gdy go zobaczyliśmy. Ani to dla nas źródła były, ani gorące, ale kąpiel wzięliśmy.


Nieśpiesznie rano (a może powinnam napisać - chwile przed południem) wyjechaliśmy w kierunku Dien Bien Phu. Po zjeździe z drogi nr 6 na drogę nr 279 widoki były przepiękne!

Wioski i pola ryżowe poprzecinane małymi rzeczkami, występowały w akompaniamencie ostańców skalnych. Przy tej samej drodze mieścił się klimatyczny "bar" zatopiony w bambusach, z hamakami i z pięknym widokiem (przy coli i bia hoi;-) .


Przed miastem Dien Bien Phu zboczyliśmy z drogi, żeby zobaczyć jezioro i przy nim się rozbić z obozowiskiem. W rzeczywistości jezioro miało niedostępne brzegi a i otoczenie nie przystawało do mojej wizji. Tam gdzie była "plaża" i przystań stał pensjonat. Spytałam się właściciela (?) czy możemy za darmo rozbić hamaki, zgodził się i pokazał mi kilka miejsc do wyboru, stanęło na drewnianej wiacie. Po przeniesieniu wszystkich naszych bagaży z motoru do "chatki", ten sam pan chciał żebyśmy zapłacili 200 dongów (cena pokoju w hotelu!). Podziękowaliśmy i z powrotem wszystko załadowaliśmy na motor. W między czasie zrobiło się ciemno.

Kilka kilometrów w dół drogi zaczęła się mała wieś. Przystanęliśmy pod jednym z drewnianych, skromnych domków i zapytaliśmy o nocleg - "ależ proszę!" i od razu zaciągnęli nas na górę (domy na palach). Towarzystwo okazało się już mocno pijane tzn starsze małżeństwo było pijane a dzieci i wnuczkowie, nie. Tego wieczoru przez dom przewinęło się dużo ludzi, co nas uspokoiło, że to nie jakiś margines społeczny;-) Jak to ludzie "pod wpływem", emocji i czułości okazują aż nadto. I tak naściskaliśmy się z gospodynią sporo. Zostaliśmy ugoszczeni jedzeniem (ohydne;-P) i piciem (chcieli oczywiście polewać nam wódki ryżowej występującej tu w butelkach po coca coli, ale asertywnie odmawialiśmy; nagle Pani zniknęła i po jakimś czasie wróciła z napojami niealkoholowymi - było to ogromnie miłe z jej strony). Gospodarze rozlewali nam te napoje do ichnich kieliszków (ceramicznych, malutkich miseczek) tak abyśmy mogli wznosić toasty i stukać się z nimi. W Wietnamie dodatkowo dochodzi jeszcze uścisk dłoni po każdym "kielichu". Choć spaliśmy w śpiworach Gospodyni co chwila przynosiła jakiś ciężki koc i nas opatulała jak dzieci. Towarzystwo urzędowało do późnych godzin nocnych... a rano, wstali skoro świt. Był to najskromniejszy domek w jakim do tej pory spaliśmy, bez prądu i dostępu do wody, z paleniskiem w środku.



Do Dien Bien Phu mieliśmy zaledwie kilkanaście kilometrów. Po dotarciu rano na miejsce zostawiliśmy bagaże w guesthousie i pojechaliśmy tropić ślady historii (o tym poczytacie u Bartka:-).

Więcej zdjęć

PS. praktycznie o podróżowaniu na motorze: Trasa z Son La do Diem bien Phu to około 180 km. Dobra nawierzchnia, z licznymi podjazdami (przy naszym małym silniku, 2 osobach i pełnym załadowaniu ciężko się wdrapać). Czasowo wyszło nam około 5 godzin z dłuższym postojem w "bambusach". Spalanie motoru w górach wychodzi około 7 litrów (pełen bak) na około 300km. przy czym litr benzyny to 24.100 dongów (około 3,5 zł). Dziennie taki środek lokomocji wychodzi nam za osobę około 5zł (w górach). Motor pociąga jednak za sobą także oszczędności na noclegach i jedzeniu (dużo wozimy ze sobą tego co kupimy na targu czy w sklepie, jemy w gościach).

Muzeum Historii w Hanoi

W stolicy Wietnamu znajduje się wiele miejsc, które warto odwiedzić, aby poznać ten kraj lepiej. W Hanoi spędziliśmy 7 dni i zdarzyliśmy odwiedzić wiele  miejsc. Między innymi Muzeum Rewolucji, Muzeum Narodowe czy Świątynię Literatury. O innych miejscach pisała już Maja. Dla mnie obowiązkowym punktem  było oczywiście muzeum historii wojny i na tym się skupię ;-) Muzeum znajduje się na ulicy Diem Bien Phu czyli doliny (obecnie jest też tam miasto), w której w 1954r Viet Minh pod dowództwem Ho Chi Minha dał łupnia Francuzom (na własne życzenie) i rozpoczoł tym samym nowy okres w  historii Wietnamu. Bitwa zakończyła okres kolonialnego panowania Francji w Indochinach i doprowadziła do rozmów w Genewie, gdzie zadecydowano o podziale Wietnamu na dwie części.
 

Obok muzeum znajduje się również park i pomnik Lenina. Będąc w rezydencji Ho Chi Mina widzieliśmy nad jego biurkiem do pracy dwa portety: Marksa i Lenina. Wujek Ho jeździł sporo po świecie i  wielokrotnie bywał w Rosji.


Teren muzeum jest ogrodzone ceglanym murem, a na jego terenie znajduje się kilka budynków, wieża masztowa, dwa parki maszyn, sklep z pamiątkami i kawiarnia. Wystawy obejmują głównie XX wiek w szczególności okres walki z Francuzami a potem z Amerykanami i południowym Wietnamem. Muzeum trzeba dokładnie obejść, ponieważ jeśli nie zajrzymy do wszystkich kątów mogą nas ominąć ciekawe wystawy, gdyż są porozrzucane po kilku budynkach.
Muzeum jest otwarte przez cały tydzień wykluczając poniedziałki i piątki w godzinach od 08.30 do 11.30 (przerwa) i 13.00 do 16.30.
Koszt biletu to 10.000 dongów czyli około 1,50zl.








  Z ciekawych eksponatów: czołg T-54B, który zdobywał w 1975 Sajgon, sprzęt nurkowy dla południowo wietnamskich dywersantów szkolnych przez amerykanów, wyrzutnie z kutrów torpedowych, które uczestniczyły w "incydencie" w Zatoce Tonkińskiej (oficjalne przystąpienie USA do wojny). Sporo też sprzętu pilotów, którzy podczas bombardowań północy byli zestrzeliwani i trzymani w tak zwanym "Hanoi Hilton", ale do 5 gwiazdek to mial daleko ;-)



















 OSTRZEŻENIE!!!
Zdjęć z muzeum jest dużo. Osobą nie zainteresowanym militariami  grozi zanudzenie.
Wchodzisz na własne ryzyko ;-)

  Zdjęcia muzeum Historii