Ciężko o podsumowania, bo jak zmieścić ten ogrom krajobrazów, małych wydarzeń, twarzy, atrakcji w jednej krótkiej formie? Mam jednak poczucie, że wiele nie zostało napisane. Warto może też dodać coś o odczuciach, jeśli chodzi o praktyczną stronę podróżowania po tym kraju.
Wiedzieliśmy, że Laos centralny i północny jest górzysty, ale w pełni to zrozumieliśmy dopiero po wielu godzinach jazdy po tych serpentynach. Laos nie ma jeszcze rozwiniętej infrastruktury, więc każdą górę trzeba objechać dookoła z zakrętami 180 stopni oraz wjechać i zjechać, a to wszystko oczywiście na wąskiej drodze. Aha no i do tego podskoki na dziurach na wysokość kilkudziesięciu centymetrów! (w Chinach, do których potem wjechaliśmy odczuliśmy silną różnicę, też góry ale "ugładzone" maksymalnie: tunele,wiadukty, mosty, autostrada). Nie żałowaliśmy jednak ani kawałka przejechanej drogi, bo widoki piękne. Zarówno o poranku, kiedy widzi się morze chmur jak również potem, kiedy można się przypatrzeć szczytom gęsto porośniętym zielenią, doliną rzek, wioskom. Nie dziwi zatem fakt, że z punktu A do punktu B jedzie się bardzo długo (nasze autobusowe podróże trwały przeważnie, jednorazowo około 10g.) Długa droga więc przerwy się należą. Wtedy cały "autobus" ustawia się rządkiem na poboczu i..sika.
Z połączeniami nie mieliśmy problemu, zawsze coś jechało, najwyżej było trzeba się przesiąść. Co utrudniało nam życie, to że dworce autobusowe były zawsze znacznie oddalone od miasta i było ich kilka (lokalny, na trasy pd. i na trasy pn. lub między prowincjami).
Laotańczycy byli różni, jak to bywa z ludźmi. Niektórzy próbowali nas naciągać, zdarzyło się, że byli jakby niezadowoleni z naszego widoku, większość była zaciekawiona, a były też osoby otwarte i życzliwe. Nigdy jednak nie spotkaliśmy się z agresją czy jednoznaczną niechęcią (no może poza tym razem, jak wsiadaliśmy do maksymalnie zapchanego autobusu - nikt tam nas nie chciał, bo robiliśmy jeszcze większy tłok. W końcu wsiedliśmy a i ludzie zrobili się potem mili). Laotańczycy to naród biedny, ze świeżą raną po wojnie i nie tak dawną zmianą ustroju. To państwo komunistyczne, choć w wyglądzie nie przypominającym tego z PRLu. Sklepy są pełne, obywatele swobodnie mogą poruszać się po kraju, policji praktycznie nie ma na ulicach. Laos w 80% to tereny wiejskie. Życie tam jest proste, skupione wokół pracy przy domu i na polu oraz wokół rodziny. W zdecydowanej większości nie ma ogrodzeń ani między sąsiadami ani miedzy ludźmi a zwierzętami. Małe czy duże chodzą sobie swobodnie, a co ciekawe wkoło jest czysto i nie ma brzydkich zapachów.
Tak jak w całej Azji chyba, a przynajmniej tym kawałku przez nas odwiedzanym życie toczy się na ulicy. Tzn nikt nie zamyka w czterech ścianach ani swojego biznesu ani życia rodzinnego. Sprzyja temu zarówno pogoda jak i architektura. Nie zaznaliśmy jednak w Laosie mnogości ulicznych straganów z jedzeniem, a już na pewno nie z pysznym ulicznym jedzeniem. Był za to tani jak na warunki laotańskie ryż w warzywami i kurczakiem (6zł ogromna porcja), który po jakimś czasie dostał pseudonim "boring rice", no bo ile można ;P A na kolację pyszna paratha z bananem i słodkim mleczkiem za 3 zł. W Laosie pozwoliliśmy sobie natomiast na shaki owocowe i słynne Bear Lao.
Laos to raj dla osób na motorach/skuterach. (Można je wypożyczyć za umiarkowaną cenę) Na drogach nie ma dużego ruchu, a pola i wioski aż się proszą, żeby je odwiedzić. Bambusowe chaty, pomarańczowy piach, uprawy tarasowe, skały, lasy, wodospady - przyroda Laosu ma wiele do zaoferowania. Słabo rozwinięta infrastruktura, życie mieszkańców nienormowane bezlitosną ilością przepisów - Laos jest piękny w swojej prostocie i "dzikości".
Co my tu mamy
- Chiny (7)
- Hong Kong (1)
- Laos (10)
- Tajlandia (9)
- Wietnam (19)
- przedwyjazdowo (4)
- przygotowania (4)
piątek, 5 kwietnia 2013
Leci B-52..
Loas- przez ten kraj podczas wojny wietnamskiej szedł słynny szlak Ho Chi Minha. Jego zadaniem było (na początku) przerzucanie wojsk Północnego Wietnamu do Wietnamu Południowego. Później po zablokowaniu drogi morskiej przez amerykanów służył do zaopatrywania armii i partyzantów miedzy innymi w broń, amunicje, MW, paliwo itp.
Według historii wojny spisanej na zlecenie amerykańskiej National Security Agency (NSA) szlak był „jednym z największych – w warunkach bojowych – osiągnięć inżynierii wojskowej XX wieku.
Priorytetem dla Amerykanów było przerwanie szlaku, ale operacje przeciwko systemowi były utrudnione ze względu na pozorną „neutralność” Laosu, co nie powstrzymało żadnej ze stron konfliktu przed naruszaniem owej neutralności.
Stąd też tajna wojna, stąd też tak liczne bombardowania w ramach rożnych operacji (Steel Tiger czy Tiger Hound). Ilość bomb, która spadła na Laos jest niewyobrażalnie duża. Można to odczuć w mieście Phonsavan, które bardzo dobrze opisała Maja w poprzednim poście. Ja dodam tylko, że Amerykanie nie tylko zrzucali bomby, ale prowadzili też wiele eksperymentów, aby powstrzymać transport na szlaku..i tak na przykład Laos byl opryskiwany "pomarańczowym agentem" (chemikalia, które zabijały roślinność, aby odsłonić i ułatwić tym samym bombardowaniu szlaku), rozpylano jodek srebra, aby rozganiać mgły i chmury w tym samym celu co powyżej, czy też zrzucano "mydło" aby powodować robienie się błota i tym samym hamować ruch na szlaku.
Tajna wojna w Laosie to dla mnie bardzo fascynujący fragment historii, ponieważ tak samo jak teren działań wojennych w samym Wietnamie, tak samo i Laos był terenem, na którym po raz pierwszy w historii, w tak szerokim zakresie, zaczęto używać sił specjalnych. Zrzucane bomby były różne. Wiele bomb, które spadły były bombami przeznaczonymi na Wietnam Północny, ale ze względu na silną obronę przeciwlotniczą piloci amerykańscy wracający z akcji mieli wytyczne, aby to czego nie udało sie zrzuci nad Hanoi, aby zrzucali w drodze powrotnej przez Laos ("zawsze w coś trafia").
Jednak duża cześć bombardowań to wynik działań właśnie sił specjalnych takich jak SOG, w skład którego wchodzili świetnie wyszkoleni żołnierze z zielonych beretów, rangersów czy US Navy Seals.
To oni wskazywali cele do bombardowań zarówno w Laosie, Kambodży jak i w Wietnamie na tyłach wroga.
Ciekawostką historyczną jest też firma "Air America", która to była niby prywatną linią lotniczą a tak naprawdę pracowała dla CIA robiąc rozpoznanie lotnicze, wskazując cele oraz dostarczając broń i zaopatrzenie dla górskich plemion Hmong.
Temat rzeka...miał to być post o jaskiniach, które odwiedziliśmy a wyszedł mi post o szlaku Ho Chi Minha. Z drugiej strony przejechaliśmy w ciągu miesiąca Laos z południa na północ więc i o samym szlaku też watro wspomnieć, ale potraktujmy to jako wstęp do jaskiń ..w końcu trzeba wiedzieć kogo i przed czym one miały chronić ;-)
Według historii wojny spisanej na zlecenie amerykańskiej National Security Agency (NSA) szlak był „jednym z największych – w warunkach bojowych – osiągnięć inżynierii wojskowej XX wieku.
| Rekonstrukcja szlaku w muzeum w Vientianie. Transport obywał się miedzy innymi przy użyciu rowerów. |
Stąd też tajna wojna, stąd też tak liczne bombardowania w ramach rożnych operacji (Steel Tiger czy Tiger Hound). Ilość bomb, która spadła na Laos jest niewyobrażalnie duża. Można to odczuć w mieście Phonsavan, które bardzo dobrze opisała Maja w poprzednim poście. Ja dodam tylko, że Amerykanie nie tylko zrzucali bomby, ale prowadzili też wiele eksperymentów, aby powstrzymać transport na szlaku..i tak na przykład Laos byl opryskiwany "pomarańczowym agentem" (chemikalia, które zabijały roślinność, aby odsłonić i ułatwić tym samym bombardowaniu szlaku), rozpylano jodek srebra, aby rozganiać mgły i chmury w tym samym celu co powyżej, czy też zrzucano "mydło" aby powodować robienie się błota i tym samym hamować ruch na szlaku.
| W gablocie miedzy innymi miny narzutowe oraz czujniki ruchu które były zrzucane z powietrza aby monitorować ruch na szlaku. |
| "Zdekowana" broń, dodatkowe zbiorniki na paliwo oraz bomby zrzucone na Loas. Phonsawan. |
To oni wskazywali cele do bombardowań zarówno w Laosie, Kambodży jak i w Wietnamie na tyłach wroga.
Ciekawostką historyczną jest też firma "Air America", która to była niby prywatną linią lotniczą a tak naprawdę pracowała dla CIA robiąc rozpoznanie lotnicze, wskazując cele oraz dostarczając broń i zaopatrzenie dla górskich plemion Hmong.
Temat rzeka...miał to być post o jaskiniach, które odwiedziliśmy a wyszedł mi post o szlaku Ho Chi Minha. Z drugiej strony przejechaliśmy w ciągu miesiąca Laos z południa na północ więc i o samym szlaku też watro wspomnieć, ale potraktujmy to jako wstęp do jaskiń ..w końcu trzeba wiedzieć kogo i przed czym one miały chronić ;-)
środa, 3 kwietnia 2013
..moją bronią nóż i kusza...
W Polsce podobno jest przepis mówiący o tym, że możemy posiadać przy sobie nóż, ale pod warunkiem, że ostrze nie przekracza 6 cm.
Laotańczycy nie wiedzą, gdzie leży Polska, a już na pewno nie słyszeli o takim przepisie.
Ich noże są długie i masywne. Wynika to z tego, że nóż jest po prostu jednym z podstawowych narzędzi pracy. Małe noże nie poradzą sobie z tutejszą roślinnością. Na wsi nóż ma prawie każdy. Hodowcy używają go do szatkowania roślin na pokarm dla zwierząt. Mahut- opiekunowie słoni ścinają i tną na kawałki bananowce i karmią nimi słonie. Farmerzy ścinają nimi trzcinę cukrowa, bambusy itd. Sprzedawcy obierają nimi kokosy a nawet ananasy. Dzieciaki jak to dzieciaki..nóż jest potrzebny i już :-)
Kusza. Nie są to takie kusze jakie znamy z naszej historii gdzie, broń ta była w stanie razić przeciwnika na bardzo duże odległości i przebijać rycerska zbroje, a do ich napinania potrzebna była korba. Kusze są tu bardzo proste. Wykonane są w całości z drewna a strzały wykonywane są z bambusa.
Pewnego dnia w Sam Neua szukając monumentu szedłem przez wąską uliczkę, w której starszy Laotańczyk ćwiczył umiejętności strzeleckie. Nie myśląc zbyt długo podszedłem i zapytałem czy mogę popatrzeć, potem kilka fotek i pytanie "mogę spróbować"? :-)
Nie było problemu, zgodził się od razu, wyszła też żona, dzieci, przybiegł sąsiad ze swoją kuszą. Mój gospodarz pobiegł do domu po więcej puszek i dodatkowe strzały.. w powietrzu zawisła atmosfera 'rywalizacji".
Panowie byli uczciwi i dali mi szanse na strzały próbne :-) Mieli przy tym niezły ubaw, bo początkowo z przyzwyczajenia przykładałem kolbę do ramienia. Szybko zorientowałem się że kusza nie tylko nie ma takiej mocy jakiej się spodziewałem, ale także nie posiada przyrządów celowniczych. Wyczułem też spust oraz trajektorie lotu strzały. Po trzech strzałach bylem gotów.
Każdy z nas miał po 5 puszek do strącenia. Wszyscy strąciliśmy wszystkie swoje cele :-)
Rozstaliśmy się w sympatycznej atmosferze, gdzie wszyscy uśmiechając się pomrukiwali twierdząco "białasy też umieją strzelać z kuszy" :-)
Polska vs Laos 1:1
AK 47
Na głębokich wsiach można też spotkać panów z "kałasznikowami" ..jadąc przez jedną taką wieś zauważałem na polu pana paradującego z AK47 na plecach. Zszedłem z motoru i chciałem nawiązać kontakt ale Pan uciekł do domu... Nie wiem czy była to pozostałość po dziadku ale na pewno nie był to kałach kupiony w sklepie z bronią ;-)
Laotańczycy nie wiedzą, gdzie leży Polska, a już na pewno nie słyszeli o takim przepisie.
Ich noże są długie i masywne. Wynika to z tego, że nóż jest po prostu jednym z podstawowych narzędzi pracy. Małe noże nie poradzą sobie z tutejszą roślinnością. Na wsi nóż ma prawie każdy. Hodowcy używają go do szatkowania roślin na pokarm dla zwierząt. Mahut- opiekunowie słoni ścinają i tną na kawałki bananowce i karmią nimi słonie. Farmerzy ścinają nimi trzcinę cukrowa, bambusy itd. Sprzedawcy obierają nimi kokosy a nawet ananasy. Dzieciaki jak to dzieciaki..nóż jest potrzebny i już :-)
Kusza. Nie są to takie kusze jakie znamy z naszej historii gdzie, broń ta była w stanie razić przeciwnika na bardzo duże odległości i przebijać rycerska zbroje, a do ich napinania potrzebna była korba. Kusze są tu bardzo proste. Wykonane są w całości z drewna a strzały wykonywane są z bambusa.
Pewnego dnia w Sam Neua szukając monumentu szedłem przez wąską uliczkę, w której starszy Laotańczyk ćwiczył umiejętności strzeleckie. Nie myśląc zbyt długo podszedłem i zapytałem czy mogę popatrzeć, potem kilka fotek i pytanie "mogę spróbować"? :-)
Nie było problemu, zgodził się od razu, wyszła też żona, dzieci, przybiegł sąsiad ze swoją kuszą. Mój gospodarz pobiegł do domu po więcej puszek i dodatkowe strzały.. w powietrzu zawisła atmosfera 'rywalizacji".
Panowie byli uczciwi i dali mi szanse na strzały próbne :-) Mieli przy tym niezły ubaw, bo początkowo z przyzwyczajenia przykładałem kolbę do ramienia. Szybko zorientowałem się że kusza nie tylko nie ma takiej mocy jakiej się spodziewałem, ale także nie posiada przyrządów celowniczych. Wyczułem też spust oraz trajektorie lotu strzały. Po trzech strzałach bylem gotów.
Każdy z nas miał po 5 puszek do strącenia. Wszyscy strąciliśmy wszystkie swoje cele :-)
Rozstaliśmy się w sympatycznej atmosferze, gdzie wszyscy uśmiechając się pomrukiwali twierdząco "białasy też umieją strzelać z kuszy" :-)
Polska vs Laos 1:1
AK 47
Na głębokich wsiach można też spotkać panów z "kałasznikowami" ..jadąc przez jedną taką wieś zauważałem na polu pana paradującego z AK47 na plecach. Zszedłem z motoru i chciałem nawiązać kontakt ale Pan uciekł do domu... Nie wiem czy była to pozostałość po dziadku ale na pewno nie był to kałach kupiony w sklepie z bronią ;-)
Phonsavan - Laos jakiego się nie spodziewaliśmy
Z Luang Prabang skierowaliśmy się na wschód do miasta Phonsavan. To w tych okolicach są słynne "The Plain of Jars", czyli wzgórza pokryte wielkimi, kamiennymi dzbanami, datowanymi na epokę brązu, których geneza i zastosowanie pozostają w dalszym ciągu zagadką.
Dla nas głównymi powodami wizyty była jednak historia miasta, które mocno ucierpiało podczas bombardowań oraz krajobrazy, jak odmienne od tych, które do tej pory widzieliśmy w Azji Południowo-Wschodniej.
Po wojnie wietnamskiej, w której Laos też brał udział, te rejony były jednymi z najciężej bombardowanych. Po przyjeździe na miejsce odwiedziliśmy centrum MAG (Mines Advisory Group), które zajmuje się oczyszczaniem terenów z niewybuchów. Tam obejrzeliśmy film dokumentalny "Boombies", który opowiadał o wojnie, bombardowaniach, ale przede wszystkim o konsekwencjach. Bardzo wiele bomb wciąż leży w ziemi i zagraża życiu ludzi, przede wszystkim dzieciom i rolnikom. Hamuje to rozwój rolnictwa i infrastruktury, bo strach kopać. Statystyki bombardowań i wypadków spowodowanych UXO (unexploded ordinance) są zatrważające. Wiedzieliście, że Laos jest najbardziej zbombardowanym miejscem na ziemi per capita? Statystycznie przez 9 lat co 8 minut spadała na niego bomba (z fosforem lub napalmem). Dwie organizacje zajmują się oczyszczaniem terenów z UXO - rządowe UXO Lao oraz zagraniczny MAG. Ale potrzeba na to jeszcze wiele czasu i pieniędzy.
W okolicy widać kratery po wybuchach, przy restauracjach, domach, informacji turystycznej stoją rozbrojone bomby. Najciekawsze jednak jest to, jak mieszkańcy tych terenów znajdują dla nich nowe wykorzystanie w życiu codziennym. Właśnie to tropiliśmy przede wszystkim podczas odwiedzania wsi. Oprócz tego w wiosce znaleźliśmy o wiele więcej - mogliśmy się sami, spokojnie przyjrzeć sposobowi życia, rozwiązaniom, narzędziom, zabawom dzieci. Jedna z wiosek stała się sławna ze swoich aluminiowych wyrobów, powstających z przetopionych bomb i części samolotów. Zaczęto od produkcji łyżek, potem doszły bransoletki "make bracelets, not war" a obecnie jeszcze otwieracze do butelek i "boombies". Pozwolono nam nawet wytopić swoje (niedoskonałe) łyżki :-) Wioska jest niewielka, 13 rodzin zajmuje się produkcją tych przedmiotów i teoretycznie sprzedawane są one przez coś w rodzaju fundacji a pieniądze idą na jej konto sponsorujące polepszanie warunków życia w wiosce i udzielają małych kredytów mieszkańcom. W praktyce rodziny sprzedają też swoje produkty bezpośrednio. Pomysłodawcom był cudzoziemiec, który nauczył ich jak przetapiać aluminium i wytwarzać przedmioty. Wsparcie otrzymali również od fundacji szwedzkiej, która monitorowała (teraz coraz mniej) zarządzanie funduszem, wraz z laotańską Partią Kobiet.
Śledząc historię Laosu odwiedziliśmy też okoliczne jaskinie, w których na początku wojny skrywali się komuniści. Szybko jednak przenieśli się oni do licznych jaskiń w okolice obecnego miasteczka Vieng Xay (o tym więcej u Bartka w poście).
Cała prowincja położona jest w górach, a samo miasto usytuowane jest na 1200m n.p.m. przez co klimat jest tu łagodniejszy. Okolicę porastają miedzy innymi lasy piniowe, co sprawia, że podczas spaceru po
górkach czuliśmy zapach polskich lasów iglastych. Krajobraz jest malowniczo falujący dzięki tarasowym polom ryżowym o nieregularnych kształtach oraz górom i górkom z łagodnymi stokami (w większości). Mówią, że okolica, widoki przypominają te z Dzikiego Zachodu... Może:-) Np wielki kaktus przy domu, pomarańczowo-czerwona ziemia, (pół?)dzikie konie. Przypomina czy nie, jest tam po prostu pięknie!
Więcej zdjęć
Dla nas głównymi powodami wizyty była jednak historia miasta, które mocno ucierpiało podczas bombardowań oraz krajobrazy, jak odmienne od tych, które do tej pory widzieliśmy w Azji Południowo-Wschodniej.
Po wojnie wietnamskiej, w której Laos też brał udział, te rejony były jednymi z najciężej bombardowanych. Po przyjeździe na miejsce odwiedziliśmy centrum MAG (Mines Advisory Group), które zajmuje się oczyszczaniem terenów z niewybuchów. Tam obejrzeliśmy film dokumentalny "Boombies", który opowiadał o wojnie, bombardowaniach, ale przede wszystkim o konsekwencjach. Bardzo wiele bomb wciąż leży w ziemi i zagraża życiu ludzi, przede wszystkim dzieciom i rolnikom. Hamuje to rozwój rolnictwa i infrastruktury, bo strach kopać. Statystyki bombardowań i wypadków spowodowanych UXO (unexploded ordinance) są zatrważające. Wiedzieliście, że Laos jest najbardziej zbombardowanym miejscem na ziemi per capita? Statystycznie przez 9 lat co 8 minut spadała na niego bomba (z fosforem lub napalmem). Dwie organizacje zajmują się oczyszczaniem terenów z UXO - rządowe UXO Lao oraz zagraniczny MAG. Ale potrzeba na to jeszcze wiele czasu i pieniędzy.
W okolicy widać kratery po wybuchach, przy restauracjach, domach, informacji turystycznej stoją rozbrojone bomby. Najciekawsze jednak jest to, jak mieszkańcy tych terenów znajdują dla nich nowe wykorzystanie w życiu codziennym. Właśnie to tropiliśmy przede wszystkim podczas odwiedzania wsi. Oprócz tego w wiosce znaleźliśmy o wiele więcej - mogliśmy się sami, spokojnie przyjrzeć sposobowi życia, rozwiązaniom, narzędziom, zabawom dzieci. Jedna z wiosek stała się sławna ze swoich aluminiowych wyrobów, powstających z przetopionych bomb i części samolotów. Zaczęto od produkcji łyżek, potem doszły bransoletki "make bracelets, not war" a obecnie jeszcze otwieracze do butelek i "boombies". Pozwolono nam nawet wytopić swoje (niedoskonałe) łyżki :-) Wioska jest niewielka, 13 rodzin zajmuje się produkcją tych przedmiotów i teoretycznie sprzedawane są one przez coś w rodzaju fundacji a pieniądze idą na jej konto sponsorujące polepszanie warunków życia w wiosce i udzielają małych kredytów mieszkańcom. W praktyce rodziny sprzedają też swoje produkty bezpośrednio. Pomysłodawcom był cudzoziemiec, który nauczył ich jak przetapiać aluminium i wytwarzać przedmioty. Wsparcie otrzymali również od fundacji szwedzkiej, która monitorowała (teraz coraz mniej) zarządzanie funduszem, wraz z laotańską Partią Kobiet.
Śledząc historię Laosu odwiedziliśmy też okoliczne jaskinie, w których na początku wojny skrywali się komuniści. Szybko jednak przenieśli się oni do licznych jaskiń w okolice obecnego miasteczka Vieng Xay (o tym więcej u Bartka w poście).
Cała prowincja położona jest w górach, a samo miasto usytuowane jest na 1200m n.p.m. przez co klimat jest tu łagodniejszy. Okolicę porastają miedzy innymi lasy piniowe, co sprawia, że podczas spaceru po
górkach czuliśmy zapach polskich lasów iglastych. Krajobraz jest malowniczo falujący dzięki tarasowym polom ryżowym o nieregularnych kształtach oraz górom i górkom z łagodnymi stokami (w większości). Mówią, że okolica, widoki przypominają te z Dzikiego Zachodu... Może:-) Np wielki kaktus przy domu, pomarańczowo-czerwona ziemia, (pół?)dzikie konie. Przypomina czy nie, jest tam po prostu pięknie!
Więcej zdjęć
Dementujemy pogłoski...
...o porwaniu, powrocie do domu i innych :-) Przyczyną naszej nieobecności była cenzura internetu przez ostatnie tygodnie. Przez najbliższe dni będziemy uzupełniać bloga i galerię zdjęć. Zapraszamy do odwiedzin :-)
Mamy nadzieję, że Święta upłynęły Wam przyjemnie, spokojnie, rodzinnie przy pysznie zastawionym stole. Doszły do nas wieści o atmosferze iście Bożonarodzeniowej i tak sobie myślimy, że wiedzieliśmy kiedy wyjechać :-P U nas też nie było za ciepło w tym czasie, bo byliśmy
na dużych wysokościach. Ale o tym w kolejnych odcinkach ;-) Choć po czasie, życzymy Wam świątecznie wszystkiego dobrego i szybkiego nadejścia wiosny.
Mamy nadzieję, że Święta upłynęły Wam przyjemnie, spokojnie, rodzinnie przy pysznie zastawionym stole. Doszły do nas wieści o atmosferze iście Bożonarodzeniowej i tak sobie myślimy, że wiedzieliśmy kiedy wyjechać :-P U nas też nie było za ciepło w tym czasie, bo byliśmy
na dużych wysokościach. Ale o tym w kolejnych odcinkach ;-) Choć po czasie, życzymy Wam świątecznie wszystkiego dobrego i szybkiego nadejścia wiosny.
| Nie mamy zdjęć pisanek...w zamian malowany pies ;-) Wygląda biednie, ale był radosny i miał swój dom. Niech ta mina was nie zwiedzie ;-) |
| Żyjemy i mamy się dobrze :-) |
wtorek, 12 marca 2013
Luang Prabang
Luang Prabang, główna atrakcja Laosu, położone jest w północno-centralnym Laosie. Niegdyś było stolicą, o czym przypomina Pałac Królewski, będący obecnie muzeum. Miasto słynie również z bogatej kultury buddyjskiej, z którą związane jest słynne "morning alms", czyli poranne ofiarowanie darów mnichom buddyjskim. Miasto zostało przemianowane na Luang Prabang na cześć posągu Buddy podarowanego królowi ("Królewski Wizerunek Buddy" czyli Luang Prabang), który można obejrzeć w Muzeum.
Miasto w całości jest wpisane na listę UNESCO, dzięki czemu (tak podejrzewam) panuje w nim estetyczna harmonia (m.in. wszystkie szyldy są drewniane w wyżłobionymi i pomalowanymi na biało literami). Dominuje piękna kolonialna architektura. W dawnych francuskich rezydencjach obecnie mieszczą się restauracje, galerie, hotele, sklepiki. Aż chce się wejść do środka!
Jeden dzień poświęciliśmy w całości na słonie. Oprócz przejażdżki w "siodle", czyli dwuosobowej "ławce", była też nauka prowadzenia słonia i przekładanie teorii na praktykę. Nie zabrakło też wspólnych kąpieli wodnych w rzece. Cudownym doświadczeniem było siedzenie na jego szyi, głowie i czucie pod gołymi stopami (buty się zdejmowało) tego ogromnego zwierza. Zaskoczyła nas gracja z jaką słonie się poruszały - żadne z górki na pazurki, tylko stopa za stopą, delikatnie i powoli - zadziwiające.
P.S. Była jednak rzecz, która psuła mi to doświadczenie - był nią hak, ułatwiający znacznie kierowanie słoniem, ale w bolesny jak się domyślam sposób. Nie każdy go używał (tablica informacyjna zresztą zabraniała stosowania go), ale na nieszczęście słonia i moje mój mahout (tak nazywają się jeźdźcy i opiekunowie słoni, kiedyś prestiżowy zawód, bo królewski, dziś stracił swoje znaczenie) nadużywał go.
Ostatni dzień, to były pierwsze samodzielne kilometry na motorze (swoją drogą w LP mają najwyższe ceny za wypożyczenie, ale cóż zrobić - i tak wychodzi o wiele taniej i o niebo lepiej niż z wycieczką). Odwiedziliśmy cegielnię (weszliśmy nawet do wnętrza pieca), zobaczyliśmy słynna jaskinię ze świątynią we wnętrzu, przyjrzeliśmy się z bliska procesowi wyrabiania glinianych naczyń, powłóczyliśmy się po wioskach, a nawet zostaliśmy zaproszeni do jednego z domów na prywatny pokaz gry na flecie i ichnim instrumencie drewnianym, przypominającym duże (bardzo) cymbałki. Od tak, Pana zainteresowały nasze osoby i chciał się pochwalić:-) A to wszystko bez komercji i kupowania turystycznego produktu. Były to autentyczne miejsca pracy odwiedzonych przez nas mieszkańców, którzy zgodzili się na naszą tam obecność. Okazało się też, że Bartek ma wrodzony talent do jazdy na motorze i wyprowadził nas bez szwanku z kilku groźnych sytuacji, tzn takich, które najprawdopodobniej skończyłyby się wywrotką.
Każdy dzień w LP kończyliśmy na targu z jedzeniem - wąskiej, obskurnej uliczce z pysznym jedzeniem, grillem, warzywami, ryżem i noodlami - do wyboru do koloru - płacisz 4zł i ładujesz tyle, ile zmieści ci się na talerz. A to tego dla Bartka Cola a dla mnie sławne Beer Lao :-)
Z Luang Prabang, jak wspomniałam na początku, związana jest też ceremonia składania porannej ofiary mnichom. Ma to miejsce o świcie, kiedy mieszkańcy wychodzą na ulice, kobiety zasiadają na matach (nie można być wyżej od mnicha - to okazanie braku szacunku), ale mężczyźni mogą stać. Ze swoich koszy z jedzeniem (głównie sticky rise) rozdają dary przechodzącym mnichom. Wywodzi się to z tego, że życie mnicha ma być ubogie, nie ma on posiadać dóbr materialnych ani pieniędzy i (przynajmniej teoretycznie) żywić się tym, co otrzyma od ludzi. A je tylko dwa razy dziennie (o świcie i w południe).
Jeśli chodzi o mnichów buddyjskich trzeba rozróżnić, że spora ich część to nie mnisi "zawodowi" tzn przywdziewający szaty mnisie na całe życie tylko "tymczasowi". Ci pierwsi mają zasłonięte ramiona, a Ci drudzy jedno ramię odsłonięte. Uznaje się, że mężczyzna choć raz w życiu powinien wstąpić do świątyni, jest to dodatkowo prestiż i wielkie wydarzenie dla jego rodziny. Czas, na który wstępuje się do zakonu jest tak na prawdę dowolny. Można takie doświadczenie również powtórzyć.
(Nie jesteśmy znawcami tematu, możemy się mylić w pewnych kwestiach. Tyle dowiedzieliśmy się od ludzi, z którymi rozmawialiśmy)
Wyobrażałam sobie, że Morning Alms będzie magicznym przeżyciem. Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. O 6 rano główna ulica była już pełna turystów, którzy albo polowali na zdjęcia albo czekali z ofiarą na mnichów. Wokół miejscowi proponowali wzięcie udziału w tym przedstawianiu - zapewniali maty, koszyki ze sticky rise, bananami, słodyczami, chustę do zawiązania przez ramię.
Na szczęście w bocznych, mniej uczęszczanych przez turystów uliczkach można było podpatrzeć jeszcze miejscowych. Ciekawe, co na to wszystko mnisi?
Miasto oczywiście dostrzegło problem i w różnych miejscach zawiesiło tablice z informacjami, jak nie należy się zachowywać obserwując Morning Alms oraz uwaga, aby osobiście brać udział tylko jeśli jest to dla nas na prawdę znaczące (wynikające z wiary, przekonań).
Nie jesteśmy hipokrytami i zdajemy sobie sprawę, że chcąc nie chcąc swoją obecnością cegiełkę dołożyliśmy w kierunku uczynienia ceremonii bardziej profanum niż sacrum. Aczkolwiek ja ograniczyłam się do zrobienia tylko jednego zdjęcia zza murka i utrzymywałam odległość :-P
Więcej zdjęć
Miasto w całości jest wpisane na listę UNESCO, dzięki czemu (tak podejrzewam) panuje w nim estetyczna harmonia (m.in. wszystkie szyldy są drewniane w wyżłobionymi i pomalowanymi na biało literami). Dominuje piękna kolonialna architektura. W dawnych francuskich rezydencjach obecnie mieszczą się restauracje, galerie, hotele, sklepiki. Aż chce się wejść do środka!
Jeden dzień poświęciliśmy w całości na słonie. Oprócz przejażdżki w "siodle", czyli dwuosobowej "ławce", była też nauka prowadzenia słonia i przekładanie teorii na praktykę. Nie zabrakło też wspólnych kąpieli wodnych w rzece. Cudownym doświadczeniem było siedzenie na jego szyi, głowie i czucie pod gołymi stopami (buty się zdejmowało) tego ogromnego zwierza. Zaskoczyła nas gracja z jaką słonie się poruszały - żadne z górki na pazurki, tylko stopa za stopą, delikatnie i powoli - zadziwiające.
P.S. Była jednak rzecz, która psuła mi to doświadczenie - był nią hak, ułatwiający znacznie kierowanie słoniem, ale w bolesny jak się domyślam sposób. Nie każdy go używał (tablica informacyjna zresztą zabraniała stosowania go), ale na nieszczęście słonia i moje mój mahout (tak nazywają się jeźdźcy i opiekunowie słoni, kiedyś prestiżowy zawód, bo królewski, dziś stracił swoje znaczenie) nadużywał go.
Ostatni dzień, to były pierwsze samodzielne kilometry na motorze (swoją drogą w LP mają najwyższe ceny za wypożyczenie, ale cóż zrobić - i tak wychodzi o wiele taniej i o niebo lepiej niż z wycieczką). Odwiedziliśmy cegielnię (weszliśmy nawet do wnętrza pieca), zobaczyliśmy słynna jaskinię ze świątynią we wnętrzu, przyjrzeliśmy się z bliska procesowi wyrabiania glinianych naczyń, powłóczyliśmy się po wioskach, a nawet zostaliśmy zaproszeni do jednego z domów na prywatny pokaz gry na flecie i ichnim instrumencie drewnianym, przypominającym duże (bardzo) cymbałki. Od tak, Pana zainteresowały nasze osoby i chciał się pochwalić:-) A to wszystko bez komercji i kupowania turystycznego produktu. Były to autentyczne miejsca pracy odwiedzonych przez nas mieszkańców, którzy zgodzili się na naszą tam obecność. Okazało się też, że Bartek ma wrodzony talent do jazdy na motorze i wyprowadził nas bez szwanku z kilku groźnych sytuacji, tzn takich, które najprawdopodobniej skończyłyby się wywrotką.
Każdy dzień w LP kończyliśmy na targu z jedzeniem - wąskiej, obskurnej uliczce z pysznym jedzeniem, grillem, warzywami, ryżem i noodlami - do wyboru do koloru - płacisz 4zł i ładujesz tyle, ile zmieści ci się na talerz. A to tego dla Bartka Cola a dla mnie sławne Beer Lao :-)
Z Luang Prabang, jak wspomniałam na początku, związana jest też ceremonia składania porannej ofiary mnichom. Ma to miejsce o świcie, kiedy mieszkańcy wychodzą na ulice, kobiety zasiadają na matach (nie można być wyżej od mnicha - to okazanie braku szacunku), ale mężczyźni mogą stać. Ze swoich koszy z jedzeniem (głównie sticky rise) rozdają dary przechodzącym mnichom. Wywodzi się to z tego, że życie mnicha ma być ubogie, nie ma on posiadać dóbr materialnych ani pieniędzy i (przynajmniej teoretycznie) żywić się tym, co otrzyma od ludzi. A je tylko dwa razy dziennie (o świcie i w południe).
Jeśli chodzi o mnichów buddyjskich trzeba rozróżnić, że spora ich część to nie mnisi "zawodowi" tzn przywdziewający szaty mnisie na całe życie tylko "tymczasowi". Ci pierwsi mają zasłonięte ramiona, a Ci drudzy jedno ramię odsłonięte. Uznaje się, że mężczyzna choć raz w życiu powinien wstąpić do świątyni, jest to dodatkowo prestiż i wielkie wydarzenie dla jego rodziny. Czas, na który wstępuje się do zakonu jest tak na prawdę dowolny. Można takie doświadczenie również powtórzyć.
(Nie jesteśmy znawcami tematu, możemy się mylić w pewnych kwestiach. Tyle dowiedzieliśmy się od ludzi, z którymi rozmawialiśmy)
Wyobrażałam sobie, że Morning Alms będzie magicznym przeżyciem. Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. O 6 rano główna ulica była już pełna turystów, którzy albo polowali na zdjęcia albo czekali z ofiarą na mnichów. Wokół miejscowi proponowali wzięcie udziału w tym przedstawianiu - zapewniali maty, koszyki ze sticky rise, bananami, słodyczami, chustę do zawiązania przez ramię.
Na szczęście w bocznych, mniej uczęszczanych przez turystów uliczkach można było podpatrzeć jeszcze miejscowych. Ciekawe, co na to wszystko mnisi?
Miasto oczywiście dostrzegło problem i w różnych miejscach zawiesiło tablice z informacjami, jak nie należy się zachowywać obserwując Morning Alms oraz uwaga, aby osobiście brać udział tylko jeśli jest to dla nas na prawdę znaczące (wynikające z wiary, przekonań).
Nie jesteśmy hipokrytami i zdajemy sobie sprawę, że chcąc nie chcąc swoją obecnością cegiełkę dołożyliśmy w kierunku uczynienia ceremonii bardziej profanum niż sacrum. Aczkolwiek ja ograniczyłam się do zrobienia tylko jednego zdjęcia zza murka i utrzymywałam odległość :-P
Więcej zdjęć
Kapitan Morszczuk.. Z pozdrowieniami dla Marcina C. :-)
Rybołówstwo jest powszechne i tak normalne w delcie Mekongu, jak dla nas wyjście rano po świeże bułki do sklepu :-) Przy każdym domu wiszą siatki, pułapki na ryby/kraby/krewetki rzeczne, a praktycznie każda głowa rodziny przy domu posiada swoją łódź zwaną "long tail". Jest to również uwarunkowane potrzebą, gdyż na "4000 tysiącach wysp" mostów jest nie wiele, właściwie wiemy tylko o jednym :-)
Bardzo chciałem się nauczyć łowić ryby miejscowym sposobem. Nie tylko w delcie Mekongu, ale w całym Laosie popularna jest metoda zarzucania okrągłej sieci z obciążnikami. Wygląda to efektownie, ale co najważniejsze jest skuteczne.
Na wyspie funkcjonowały biura (trochę za dużo powiedziane ale nich będzie), które zabierają turystów na pokazy, potem jest BBQ i zachód słońca. Ja wybrałem inny drogę.
Szukając sposobności nauczenia się tej metody natrafiliśmy z Maja na miejscowego, który mówił troszkę po angielsku i zwąchał okazję do zarobienia. Na wszystko co chciałem zrobić odpowiadał "OK". Nauczysz nas łowienia ryb? OK. Na sieć? OK. Na waszą wędkę,? OK. Nauczysz mnie prowadzić waszą łódź i obsługiwać silnik? OK. Nie zastanawiając się długo, umówiliśmy się na na następny dzień na 10.00 :-)
Bardzo odpowiadało mi, że tego wszystkiego, co chciałem się nauczyć, dowiem się od miejscowego. Wychodzę z założenia, że najlepszymi nauczycielami są właśnie oni. Wystarczy ich obserwować a później powtarzać i ćwiczyć. Następnego dnia okazało się, że trafiliśmy jeszcze lepiej, nie pojedziemy z tym młodym chłopakiem, ale z jego wujem, który zgodził się nas zabrać i wszytko pokazać. Wuj nie mówił ani słowa po angielsku. My próbowaliśmy sił z naszym laotańskim. Ale jak zwykle najlepiej wychodziła nam mowa ciała i migi.
Popłynęliśmy w dół Mekongu w kierunku wodospadów, zatrzymaliśmy się na zakręcie na płyciznach. Tam "opanowaliśmy" sztukę łowienia na wędkę.

Wędka laotańska:
Bambusowy kij, żyłka, ciężarek, haczyk + przynęta znaleziona na miejscu. W pierwszym momencie jak ją zobaczyłem pomyślałem, "to jakiś żart", przecież w Polsce takie wędki to dzieci robią i złapać na nie można najwyżej kolegę za koszulę albo puszki z podłogi podnosić.
No cóż, tutaj złowiłem dwie ryby + około 3 się zerwały (za szybko chciałem wyciągnąć)..kwestia wprawy.
Płyniemy dalej na środek rzeki ale tak, aby dało się w niej brodzić.
Teraz siatka. Kilka pierwszych rzutów wykonuje wuj, ja obserwuję i zwijam moją, niewidzialną siatkę. Teraz moja kolej... Wuj przekazuje mi siatkę, instruuje ..yy..noo...yy...noo .. ok. Pierwsze rzuty fatalne, potem lepiej. Pierwsza ryba, uciekła bo za szybko podnieśliśmy siatkę, potem już jakoś szło.
Technika nie jest łatwa, ale można nauczyć się jej w 30 minut. Jednak aby opanować, trzeba oczywiście ćwiczyć.

Long tail (długi ogon) łodzie są charakterystyczne dla Azji Płd - Wsch. Obsługi silnika można nauczyć się w 10 minut, ale prowadzić ją jest już trudniej. Przede wszystkim ze względu na swój kształt łódź nie jest stabilna. Łatwo ją wywrócić na bok, z drugiej strony dzięki temu kształtowi łatwiej manewrować (rzeka bywa wąska). Łódź jest zanurzona w wodzie minimalnie, dzięki czemu nie jest problemem pływać nawet po płyciznach, lecz trzeba się przyzwyczaić, że na pokładzie zawsze jest woda. Z niezrozumiałych dla nas powodów łodzie zawsze przeciekają a miejscowi zamiast łatać dziury wolą wybierać wodę.
Sztuka polega też na umiejętności prowadzenia i jednoczesnego obserwowania lustra wody, które mówi nam, czy pod spodem kryją się ostre głazy, mielizna lub powalone drzewa, korzenie.
Gdy ja prowadzę łódź Maja i wuj relaksują się, oglądają widoki na brzegu (kopiące się bawoły, tubingujacych przyjezdnych i miejscowe dzieci, kobiety myjące garnki w rzece).

Po całym dniu spędzonym na łowieniu płynę do wioski. To była cenna lekcja, którą jeszcze wykorzystam w podróży do podratowania naszego skromnego budżetu;-)
Kob czai wuju rybaku :-)
Bardzo chciałem się nauczyć łowić ryby miejscowym sposobem. Nie tylko w delcie Mekongu, ale w całym Laosie popularna jest metoda zarzucania okrągłej sieci z obciążnikami. Wygląda to efektownie, ale co najważniejsze jest skuteczne.
Na wyspie funkcjonowały biura (trochę za dużo powiedziane ale nich będzie), które zabierają turystów na pokazy, potem jest BBQ i zachód słońca. Ja wybrałem inny drogę.
Szukając sposobności nauczenia się tej metody natrafiliśmy z Maja na miejscowego, który mówił troszkę po angielsku i zwąchał okazję do zarobienia. Na wszystko co chciałem zrobić odpowiadał "OK". Nauczysz nas łowienia ryb? OK. Na sieć? OK. Na waszą wędkę,? OK. Nauczysz mnie prowadzić waszą łódź i obsługiwać silnik? OK. Nie zastanawiając się długo, umówiliśmy się na na następny dzień na 10.00 :-)
Bardzo odpowiadało mi, że tego wszystkiego, co chciałem się nauczyć, dowiem się od miejscowego. Wychodzę z założenia, że najlepszymi nauczycielami są właśnie oni. Wystarczy ich obserwować a później powtarzać i ćwiczyć. Następnego dnia okazało się, że trafiliśmy jeszcze lepiej, nie pojedziemy z tym młodym chłopakiem, ale z jego wujem, który zgodził się nas zabrać i wszytko pokazać. Wuj nie mówił ani słowa po angielsku. My próbowaliśmy sił z naszym laotańskim. Ale jak zwykle najlepiej wychodziła nam mowa ciała i migi.
Popłynęliśmy w dół Mekongu w kierunku wodospadów, zatrzymaliśmy się na zakręcie na płyciznach. Tam "opanowaliśmy" sztukę łowienia na wędkę.
Wędka laotańska:
Bambusowy kij, żyłka, ciężarek, haczyk + przynęta znaleziona na miejscu. W pierwszym momencie jak ją zobaczyłem pomyślałem, "to jakiś żart", przecież w Polsce takie wędki to dzieci robią i złapać na nie można najwyżej kolegę za koszulę albo puszki z podłogi podnosić.
No cóż, tutaj złowiłem dwie ryby + około 3 się zerwały (za szybko chciałem wyciągnąć)..kwestia wprawy.
Płyniemy dalej na środek rzeki ale tak, aby dało się w niej brodzić.
Teraz siatka. Kilka pierwszych rzutów wykonuje wuj, ja obserwuję i zwijam moją, niewidzialną siatkę. Teraz moja kolej... Wuj przekazuje mi siatkę, instruuje ..yy..noo...yy...noo .. ok. Pierwsze rzuty fatalne, potem lepiej. Pierwsza ryba, uciekła bo za szybko podnieśliśmy siatkę, potem już jakoś szło.
Technika nie jest łatwa, ale można nauczyć się jej w 30 minut. Jednak aby opanować, trzeba oczywiście ćwiczyć.
Long tail (długi ogon) łodzie są charakterystyczne dla Azji Płd - Wsch. Obsługi silnika można nauczyć się w 10 minut, ale prowadzić ją jest już trudniej. Przede wszystkim ze względu na swój kształt łódź nie jest stabilna. Łatwo ją wywrócić na bok, z drugiej strony dzięki temu kształtowi łatwiej manewrować (rzeka bywa wąska). Łódź jest zanurzona w wodzie minimalnie, dzięki czemu nie jest problemem pływać nawet po płyciznach, lecz trzeba się przyzwyczaić, że na pokładzie zawsze jest woda. Z niezrozumiałych dla nas powodów łodzie zawsze przeciekają a miejscowi zamiast łatać dziury wolą wybierać wodę.
Sztuka polega też na umiejętności prowadzenia i jednoczesnego obserwowania lustra wody, które mówi nam, czy pod spodem kryją się ostre głazy, mielizna lub powalone drzewa, korzenie.
Gdy ja prowadzę łódź Maja i wuj relaksują się, oglądają widoki na brzegu (kopiące się bawoły, tubingujacych przyjezdnych i miejscowe dzieci, kobiety myjące garnki w rzece).
Po całym dniu spędzonym na łowieniu płynę do wioski. To była cenna lekcja, którą jeszcze wykorzystam w podróży do podratowania naszego skromnego budżetu;-)
Kob czai wuju rybaku :-)
poniedziałek, 4 marca 2013
Południe Laosu, czyli stolica relaksu w hamaku
Choć proces komercjalizacji SiPanDon rośnie w tempie zastraszającym; i nie ma już tu tej atmosfery, o której czytałam przed wyjazdem, to wciąż warto tu pobyć. Dwie zamieszkane wyspy (jest też trzecia, ale duża, z drogami, droższym zakwaterowaniem) są połączone mostem i można je przemierzyć pieszo, choć wygodniej zrobić to rowerem, których do wypożyczenia jest tu pełno. Małe bungalowy umiejscowione są na palach nad samą rzeką, a każdy, ale to każdy wyposażony jest w najważniejszy tu element - wygodny hamak, a nawet dwa, żeby nie było trzeba się dzielić:-) Przy samym wejściu na wyspę, przy przystani, są bary, restauracje i biura podróży, ale kilka kroków w głąb już robi się spokojnie. Choć zrobiło się trochę ciasno wzdłuż ścieżki, z racji licznych drewnianych domków do wynajęcia, to jest to wciąż laotańska wieś rybacka. Pod nogami plączą się pisklaki, kury i większy drób, koty, psy, prosiaki no i nasze ulubione bawoły rzeczne. Hamakują oczywiście nie tylko turyści, ale także lokalsi. Wiodą sobie oni spokojne życie, każdy ma łódź i siatkę na ryby. A pieniądze, w postaci turystów, same się do nich pchają. Niepokojące było tylko to, że nie było widać dzieci chodzących do szkoły.. mam nadzieję, że to ja po prostu ich nie zauważyłam,bo szkoła jedna była.
Opuszczając wyspę, moja ręka już wracała do zdrowia.
Poza tym, odwiedziliśmy po drodze Pakse, samo miasto nas niczym nie zachwyciło, ale spędziliśmy miłe chwile w pensjonacie u rodziny laotańskiej. Ponieważ dopiero co otworzyli, chciało im się jeszcze rozmawiać z gośćmi (gdzieś czytałam, że im dłużej prowadzony jest taki biznes tym mniej uprzejmi, pomocni i rozmowni ludzie). Korzystając z okazji stworzyłam swój mały słownik polsko-laotański. A poza tym miejsce też było ulokowane nad rzeką i były hamaki, a i pokój trafił nam się wyjątkowo przytulny :-)
Obecnie zaczynamy maraton nocnych autobusów. Doszło bowiem do naszej świadomości, że "popłynęliśmy" z "lao time" trochę za bardzo; wizy ważne jeszcze tylko 10 dni, a przed nami tyle miejsc w północnym Laosie do zobaczenia.
Więcej zdjęć
poniedziałek, 25 lutego 2013
LAO PEOPLE'S ARMY HISTORY MUSEUM
Vientiane nie jest tak dużym miastem i tak turystycznym jak Bangkok czy Szanghaj, ale jest to jednak stolica Laosu i mieszczą się tu wszystkie ważne miejsca takie jak np. Pałac Prezydencki, Ministerstwo Obrony, Muzeum Narodowe itp. Ja odwiedziłem w pierwszej kolejności muzeum Lao Army, ktore znajduje się zaraz obok Ministerstwa Obrony.
Wstęp nie jest tani...5000 Kipów! (2zł ;-)
Muzeum składa się z dużego dziedzińca, na którym znajduje się park dużych maszyn takich jak śmigłowce, czołgi, samoloty (choć uczciwie trzeba napisać, że za dużo to nie pokazali...bo wszytko występuje po jednej sztuce). Z przodu muzeum są egzemplarze lepiej zachowane, z tyłu te w gorszym stanie ;-)
Budynek z zewnątrz jest dość duży, ale wewnątrz przestrzeń nie jest w pełni zagospodarowana. Budynek jest dwu kondygnacyjny, na parterze znajduje się uzbrojenie w postaci lekkich pojazdów typu jeepy, ciężarówki, lekkie czołgi, armaty i działka przeciwlotnicze.
Na górze znajdują się wystawy podzielone na okresy historyczne.
W muzeum niewiele zobaczymy zbiorów na temat dawnej historii tego kraju. Najwięcej jest na temat współczesnych konfliktów.
Wystawy skupiają się wokół wojny z francuskimi kolonizatorami, Wojnie Wietnamskiej, w którą Loas był właściwie wciągnięty wbrew swojej woli po stronie Wietnamu Północnego .
Większość sprzętu ulokowanego w muzeum pochodzi z demobilu Armii Laotańskiej, którego producentami są Chiny lub były ZSRR. Pozostały sprzęt to broń zdobyczna produkcji amerykańskiej lub francuskiej (w zależności od konfliktu).
Zdjęcia z muzeum
Wstęp nie jest tani...5000 Kipów! (2zł ;-)
Budynek z zewnątrz jest dość duży, ale wewnątrz przestrzeń nie jest w pełni zagospodarowana. Budynek jest dwu kondygnacyjny, na parterze znajduje się uzbrojenie w postaci lekkich pojazdów typu jeepy, ciężarówki, lekkie czołgi, armaty i działka przeciwlotnicze.
Na górze znajdują się wystawy podzielone na okresy historyczne.
W muzeum niewiele zobaczymy zbiorów na temat dawnej historii tego kraju. Najwięcej jest na temat współczesnych konfliktów.
Wystawy skupiają się wokół wojny z francuskimi kolonizatorami, Wojnie Wietnamskiej, w którą Loas był właściwie wciągnięty wbrew swojej woli po stronie Wietnamu Północnego .
Większość sprzętu ulokowanego w muzeum pochodzi z demobilu Armii Laotańskiej, którego producentami są Chiny lub były ZSRR. Pozostały sprzęt to broń zdobyczna produkcji amerykańskiej lub francuskiej (w zależności od konfliktu).
Zdjęcia z muzeum
niedziela, 24 lutego 2013
Vientiane - pierwsze kroki na laotańskiej ziemi
Mimo wcześniejszych przypuszczeń, Tajlandia mnie oczarowała. Choć już tydzień jesteśmy w Laosie, głowę mam jeszcze pełną niespisanych wspomnień i spostrzeżeń z prawdziwej "krainy uśmiechów".
Teraz jednak kilka słów o naszym nowym miejscu. Początki tym razem były trudniejsze a jeszcze nie wiemy czy warte zachodu. Podejrzewamy, że tak, więc brniemy dalej w ten laotański świat, z którym się jeszcze do końca nie oswoiliśmy.
Historia zaczęła się w stolicy kraju, w Vientiane. Spokojne miasto, bez wieżowców i nowoczesnych biurowców. Odwiedzających pełno, ale tylko na jedną lub dwie noce. Fama bowiem głosi, że to nudne miejsce, służące tylko za wymuszony - trasą i obowiązkami wizowymi do innych krajów - przystanek.
U nas miało być podobnie - odbiór przesyłki z Polski i wyrobienie wiz do Wietnamu. Okazało się jednak, że ambasada cały tydzień była zamknięta ze względu na wietnamskie święto Tet, a i przesyłka szła wolniej niż oczekiwaliśmy. Ponad to, wczuliśmy się w tzw "lao time", czyli niespieszne, leniwe tempo życia mieszkańców i ciężko nam się było zabrać za organizację czasu jaki mamy w Laosie. Nie ułatwiała też tego obsługa w hostelu, której zależało bardziej na sprzedaży własnych biletów niż udzieleniu nam informacji odnośnie połączeń po kraju, ani usytuowanie dworców autobusowych, dwóch różnych, oddalonych o 10, może więcej kilometrów.
Pierwsze dni mijały nam więc powolnie, drzemaliśmy popołudniami, oglądaliśmy zabytki i atrakcje dostępne pieszo. Przy okazji załamując się cenami produktów i usług (a mówili, że będzie taniej niż w Tajlandii). No bo kto to widział, żeby płacić 50.000-60.000 za pokój, 12.000 za ryż z kurczakiem albo 60.000 za bilet autobusowy!? Oczywiście chodzi o laotańskie kipy ;-)
Trzeciego dnia w końcu ożyliśmy. Zamarzyło nam się kupno/wynajęcie tuk tuka (motorikszy), ach, co za plany i wizje z nim związane mieliśmy. Zasięgnąwszy języka wśród mieszkańców, niestety musieliśmy zrezygnować z tego pomysłu. Ale chęci do działania na szczęście zostały. Zaczęliśmy odkrywać popołudnia na plaży nad Mekongiem i zachody słońca, znaleźliśmy miejsce do zawieszenie naszego hamaku - masa radości i w końcu komfort dla pleców, odwiedziliśmy Park Buddów, wypożyczyliśmy rowery i zawitaliśmy na dworce zasięgnąć informacji, Bartek znalazł Muzeum Wojny, poszliśmy na basen, spotkaliśmy się z młodą Polką mieszkająca od pół roku z rodziną w Vientianie, dorobiliśmy się swojego ulubionego miejsca do siedzenia z tanimi szejkami owocowymi i boską laotańską kawą na zimno (i rudym kotem i ogromnym gekonem), stałym punktem była również paratha na kolację - coś w stylu smażonego naleśnika na słodko, trafiliśmy też na manufakturę jedwabiu, gdzie przebiegał cały proces od pozyskiwania jedwabiu, po koloryzację i haftowanie - wszystko ręcznie. Także uważamy, że to miasta da się lubić i można się w nim nie nudzić.
Ale już kopytkowaliśmy w miejscu, także szczęśliwi byliśmy wyjeżdżając ze stolicy. Mieszkańcy mijanych przez nas miasteczek zajmują się głównie uprawą tytoniu, produkcją węgla drzewnego i przed prawie każdym domu widać suszone ..bataty? Dzisiaj, z licznymi przesiadkami i autostopem, który był konieczny, gdyż nie było żadnego autobusu, a te co nas skądś mijały, się nie zatrzymywały, dojechaliśmy do Kong Lor, wioski obok, której jest podobno zjawiskowa jaskinia o tej samej nazwie. Nam już się podoba, bo widoki piękne, a wokół najprawdziwsze laotańskie wioski, drewniane domy na palach, całe zwierzyńce przebiegają przez drogę a dzieciaki latają bez butów tudzież jeżdżą po kilkoro na rowerach, oczywiście zadowolone. A to wszystko w tumanach pyłu, który się unosi z drogi.
Niestety tutaj niektóre dzieci na nasz widok wołają o pieniądze. Pierwszy raz się z tym stykamy, Tajlandia i Wschodnie Chiny, w których do tej pory byliśmy, to jednak dobrze prosperujące regiony. Takie incydenty będą się zdarzały w biedniejszych krajach, ale tylko w tych miejscach odwiedzanych przez turystów...
Nie "wyczuliśmy" jeszcze Laotańczyków. Nie nawiązuje się z nimi tak łatwo kontaktu jak z Tajami. Jednak raz już byliśmy szybciutko zaproszeni na piknik rodzinny, gdzie ugoszczono nas piwem i karkówką z grilla (brzmi swojsko prawda? ;-) Ale wygląda troszkę inaczej aczkolwiek sens pozostaje ten sam) a innym razem Pan z przydrożnej jadłodajni zaczął z nami dłuższą rozmowę i nawet skończyło się na wspólnych zdjęciach ;-) Także pewnie rozkręci się jeszcze jak nabierzemy wprawy w stosunkach polsko-laotańskich.
A dzisiejsze popołudnie i wieczór spędziliśmy w dwójką sympatycznych, starszych od nas Francuzów (podróżujących osobno), którzy już są "starymi wyjadaczami" jeśli chodzi o podróże. Miło było posłuchać ich opinii i odczuć oraz stwierdzić, że choć my dopiero zaczynami, to już patrzymy na świat podobnie.
Więcej zdjęć
Teraz jednak kilka słów o naszym nowym miejscu. Początki tym razem były trudniejsze a jeszcze nie wiemy czy warte zachodu. Podejrzewamy, że tak, więc brniemy dalej w ten laotański świat, z którym się jeszcze do końca nie oswoiliśmy.
Historia zaczęła się w stolicy kraju, w Vientiane. Spokojne miasto, bez wieżowców i nowoczesnych biurowców. Odwiedzających pełno, ale tylko na jedną lub dwie noce. Fama bowiem głosi, że to nudne miejsce, służące tylko za wymuszony - trasą i obowiązkami wizowymi do innych krajów - przystanek.
U nas miało być podobnie - odbiór przesyłki z Polski i wyrobienie wiz do Wietnamu. Okazało się jednak, że ambasada cały tydzień była zamknięta ze względu na wietnamskie święto Tet, a i przesyłka szła wolniej niż oczekiwaliśmy. Ponad to, wczuliśmy się w tzw "lao time", czyli niespieszne, leniwe tempo życia mieszkańców i ciężko nam się było zabrać za organizację czasu jaki mamy w Laosie. Nie ułatwiała też tego obsługa w hostelu, której zależało bardziej na sprzedaży własnych biletów niż udzieleniu nam informacji odnośnie połączeń po kraju, ani usytuowanie dworców autobusowych, dwóch różnych, oddalonych o 10, może więcej kilometrów.
Pierwsze dni mijały nam więc powolnie, drzemaliśmy popołudniami, oglądaliśmy zabytki i atrakcje dostępne pieszo. Przy okazji załamując się cenami produktów i usług (a mówili, że będzie taniej niż w Tajlandii). No bo kto to widział, żeby płacić 50.000-60.000 za pokój, 12.000 za ryż z kurczakiem albo 60.000 za bilet autobusowy!? Oczywiście chodzi o laotańskie kipy ;-)
Trzeciego dnia w końcu ożyliśmy. Zamarzyło nam się kupno/wynajęcie tuk tuka (motorikszy), ach, co za plany i wizje z nim związane mieliśmy. Zasięgnąwszy języka wśród mieszkańców, niestety musieliśmy zrezygnować z tego pomysłu. Ale chęci do działania na szczęście zostały. Zaczęliśmy odkrywać popołudnia na plaży nad Mekongiem i zachody słońca, znaleźliśmy miejsce do zawieszenie naszego hamaku - masa radości i w końcu komfort dla pleców, odwiedziliśmy Park Buddów, wypożyczyliśmy rowery i zawitaliśmy na dworce zasięgnąć informacji, Bartek znalazł Muzeum Wojny, poszliśmy na basen, spotkaliśmy się z młodą Polką mieszkająca od pół roku z rodziną w Vientianie, dorobiliśmy się swojego ulubionego miejsca do siedzenia z tanimi szejkami owocowymi i boską laotańską kawą na zimno (i rudym kotem i ogromnym gekonem), stałym punktem była również paratha na kolację - coś w stylu smażonego naleśnika na słodko, trafiliśmy też na manufakturę jedwabiu, gdzie przebiegał cały proces od pozyskiwania jedwabiu, po koloryzację i haftowanie - wszystko ręcznie. Także uważamy, że to miasta da się lubić i można się w nim nie nudzić.
Ale już kopytkowaliśmy w miejscu, także szczęśliwi byliśmy wyjeżdżając ze stolicy. Mieszkańcy mijanych przez nas miasteczek zajmują się głównie uprawą tytoniu, produkcją węgla drzewnego i przed prawie każdym domu widać suszone ..bataty? Dzisiaj, z licznymi przesiadkami i autostopem, który był konieczny, gdyż nie było żadnego autobusu, a te co nas skądś mijały, się nie zatrzymywały, dojechaliśmy do Kong Lor, wioski obok, której jest podobno zjawiskowa jaskinia o tej samej nazwie. Nam już się podoba, bo widoki piękne, a wokół najprawdziwsze laotańskie wioski, drewniane domy na palach, całe zwierzyńce przebiegają przez drogę a dzieciaki latają bez butów tudzież jeżdżą po kilkoro na rowerach, oczywiście zadowolone. A to wszystko w tumanach pyłu, który się unosi z drogi.
Niestety tutaj niektóre dzieci na nasz widok wołają o pieniądze. Pierwszy raz się z tym stykamy, Tajlandia i Wschodnie Chiny, w których do tej pory byliśmy, to jednak dobrze prosperujące regiony. Takie incydenty będą się zdarzały w biedniejszych krajach, ale tylko w tych miejscach odwiedzanych przez turystów...
Nie "wyczuliśmy" jeszcze Laotańczyków. Nie nawiązuje się z nimi tak łatwo kontaktu jak z Tajami. Jednak raz już byliśmy szybciutko zaproszeni na piknik rodzinny, gdzie ugoszczono nas piwem i karkówką z grilla (brzmi swojsko prawda? ;-) Ale wygląda troszkę inaczej aczkolwiek sens pozostaje ten sam) a innym razem Pan z przydrożnej jadłodajni zaczął z nami dłuższą rozmowę i nawet skończyło się na wspólnych zdjęciach ;-) Także pewnie rozkręci się jeszcze jak nabierzemy wprawy w stosunkach polsko-laotańskich.
A dzisiejsze popołudnie i wieczór spędziliśmy w dwójką sympatycznych, starszych od nas Francuzów (podróżujących osobno), którzy już są "starymi wyjadaczami" jeśli chodzi o podróże. Miło było posłuchać ich opinii i odczuć oraz stwierdzić, że choć my dopiero zaczynami, to już patrzymy na świat podobnie.
Więcej zdjęć
Subskrybuj:
Posty (Atom)