Co my tu mamy

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Jak zostaliśmy przemytnikami broni...

Po wyjeździe z Laosu mój worek powiększył się do znacznych rozmiarów. Wśród pamiątek mieliśmy między innymi dwie maczety. Pierwsza kupiona na południu od Laotańczyka zajmującego się handlem kokosami. Drugi nóż, to nabytek po machucie- opiekunie słoni z Luang Prabang.

Po przekroczeniu granicy z Chinami podróżowaliśmy z nimi praktycznie przez całą prowincje Yunnan, licząc na to że w końcu dojedziemy do Wietnamu i tam wyślemy zbiorczą paczkę do domu.

Trzeba nadmienić iż dworce kolejowe i autobusowe w Chinach wyposażone są w bramki wykrywające metal, bramki prześwietlające bagaż, pracowników ochronny, no i oczywiście kamery. Zupełnie jak na lotnisku. Na teren dworców nie można wnosić żadnych "materiałów niebezpiecznych" w tym noży. Nam przez długi czas się udawało.


Zostało kilka ostatnich dni naszego pobytu w Chinach i jak na złość z ostatnim pociągiem do Kumingu zaczęły się kłopoty z transportem pamiątek... Przy prześwietlaniu bagaży nasz został ściągnięty z taśmy. Kazali wyciągnąć noże. Mówimy, że ich tak nie zostawimy. No to ściągają Panią mówiącą jako tako po angielsku. Nikt nie chce nas puścić, choć mówimy, że od 3 tygodni tak z nimi podróżujemy i nikomu nic złego się nie stało. Nie zgadają się też na przekazanie paczki konduktorowi i odbiór jej na miejscu.


Wychodzimy na zewnątrz, rozglądamy się... Chciałem przerzucić paczkę na peron i potem ją odebrać, ale jak już pisaliśmy, w Chinach nie da się samemu znaleźć na peronie, pasażer jest "transportowany" prosto do swojego wagonu - więc taki pomysł odpada. W końcu decydujemy się schować noże w krzakach i wrócić po nie później. Niedługo przez odjazdem wychodzę niby "do sklepu". W ręku trzymam aparat pikający na bramkach. Wracam z "siatką zakupów" i nożami w nogawce spodni.

Tym sposobem  przemycaliśmy noże aż do momentu wysyłki ich z Wietnamu ;-)
Przez bramki musiałem przechodzić ja, bo po pierwsze nie zgodził bym się na to, aby Maja się narażała. Po drugie to i tak by się nie udało. Przekraczając taką bramkę trzeba mieć twarz pokerzysty i stalowe nerwy nawet jak podchodzi do was strażnik z wykrywaczem metali, aby przeszukać was dokładnie. Natomiast na twarzy Maji strażnik wyczytał by natychmiast "Szanowny Panie strażniku, w nogawce mam ukryte dwie maczety, bardzo proszę o ich odebranie!" ;-)

sobota, 13 kwietnia 2013

Made in China


Kojarzy się negatywnie, prawda? A my będąc w Chinach zastanawiamy się czemu. Może sporo cześć ich produktów nie jest wysokiej jakości, ale Chiny to potęga. Dawno nas przegonili w postępie cywilizacyjnym. Infrastruktura drogowa, ilość inwestycji krajowych i zagranicznych, rozwinięta sieć połączeń autobusowych i kolejowych, ilość drogich galerii handlowych, metropolii - tyle widzieliśmy na własne oczy, a jest tego na pewno więcej. Uderzyło nas to zwłaszcza przy przekraczaniu granicy chińsko-laotańskiej, dwa różne światy. Młodzież się kształci i często wyjeżdża na różnego typu wymiany studenckie. Usłyszałam, że tylko urzędnikom trudniej wyjechać za granicę. Wszyscy mają pracę, choć oznacza to więcej pracowników niż niezbędne minimum (to przypomina, że jest to kraj komunistyczny), ale wygląda na to, że Chiny mogą sobie na to pozwolić.

Przed wyjazdem naczytałam się, że Chiny są trudne w podróżowaniu, a ludzie "ciężcy". Otóż po raz kolejny nasza opinia jest odmienna z tym co czytaliśmy/słyszeliśmy. Otrzymaliśmy dużo pomocy i życzliwości od Chińczyków, bezinteresownej! Również przemieszczanie się po kraju jest proste. Duża ilości połączeń, niemożność zgubienia się na dworcu (który jest aż nazbyt zorganizowany jak na lotnisku- np samemu nie da się wejść na peron, bramki otwierają się dopiero po przyjeździe pociągu a trasa podróżnych jest obstawiona pracownikami tak żeby nikt przypadkiem nie zboczył) i czasem nawet dwujęzyczne tablice informacyjne. Z rzadka zdarzy się ktoś mówiący trochę po angielsku, dlatego trzeba się uzbroić w słowniczek z "krzaczkami", w którym powinny się znaleźć nazwy miejscowości, które nas interesują oraz potrawy, które nam odpowiadają  plus coś według własnych potrzeb. Wtedy jest łatwo:-) jest to bardziej pewne niż nauka wymowy tych kilku słów, bowiem dla Chińczyka i tak będziemy nie zrozumiali. I dochodzimy do jednej z dwóch irytujących nas rzeczy w Chinach - mieszkaniec kraju środka nie bierze w ogóle pod uwagę, że my nie rozumiemy chińskiego. Tak więc wszyscy do nas mówią w swoim języku nie zrażeni naszą skonfundowaną miną. W drugą stronę działa to tak, że nawet nie próbują zrozumieć, o co my staramy się ich spytać mową gestów. To już lepiej im narysować o co nam chodzi- działa :-) Trzeba tylko jeszcze zrozumieć odpowiedź :-)

czwartek, 11 kwietnia 2013

Wiesz co się liczy? Szacunek ludzi ulicy..czyli naprawa butów i nie tylko ;-)

Jesteśmy  3 miesiące w drodze, przed nami kolejne 3 miesiące, a przede wszystkim za kilka dni ruszamy w góry do Wąwozu Skaczącego Tygrysa.... tymczasem moje buty pękły przy podeszwie  :-(

Sytuację ratuję Pan Chińczyk, który sam zawołał mnie do siebie i zaproponował naprawę butów za 10Y czyli 5zł. :-) Oto jak wygląda taka naprawa:

Film: Naprawa obuwia


Uliczny fryzjer. Faza golenia ;-) Wietnam-koszt 4,50zł
Naprawa obuwia. Chiny-koszt 5zł



















 W chinach jak i w innych krajach Azji bardzo popularne są usługi wykonywane na ulicy. I tak, na ulicy możemy zjeść, ostrzyc się, wyczyścić buty, naprawić buty, zastać wymasowanym, naostrzyć swój nóż, zastać podwiezionym na skuterze czy też naprawić ubranie.

Ostrzenie noży, nożyczek itp. Hanoi -koszt 1,50zł
Niewidomi zarabiają masowaniem przechodniów. Kuming-koszt 8zł


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Chiny po raz drugi

Korzystając  z okazji, że mieliśmy wizę dwukrotnego wjazdu, z Laosu przemieściliśmy się do chińskiej prowincji Yunnan (samochodowe/piesze przejście graniczne w Boten).















W jej części południowej można zaznać tropików i znaleźć słonie, w jej stolicy panuje "wieczna wiosna", a w górach na północnym zachodzie można podziwiać białe szczyty pięciotysięczników i jak mówią broszurki "poczuć klimat Tybetu bez wjeżdżania do niego". Faktem jest, że jest to region licznie zamieszkiwany przez różnorodne mniejszości etniczne. I nie chodzi tu o jakieś skanseny czy cepelie. Jest to widoczne gołym okiem, na co dzień, w odwiedzanych miejscach - pięknie i kolorowo.

W tej części kraju jest na prawdę wiele do zobaczenia, jednak za atrakcje w Chinach trzeba słono płacić. My ograniczyliśmy się do zwiedzania starówek i gór. 

Kunming

Z pod granicy udało nam się złapać świetnego stopa - zabrała nas para z TIRa, bardzo sympatyczni młodzi ludzie, niestety nie mówiliśmy w tym samym języku. Dzięki nim zaoszczędziliśmy 500Y i poznaliśmy różne pozycje z menu, do których powracaliśmy przez cały pobyt. Kunming niczym nas nie zachwycił za to zaszokował największą halą z ubraniami jaką w życiu widzieliśmy. Warto tam zrobić zakupy, ze względu na niskie ceny i duży wybór. Market znajduje się kawałek od centrum przy południowym dworcu autobusowym (od 8/9 - 18).

Ponad 600km i 14 godzin jazdy. Boten - Kunming
Więcej zdjęć

Dali

Stamtąd udaliśmy się nocnym pociągiem z miejscami stojącymi (tym razem siedzących szybko zaczynało brakować, jak nam powiedział spotkany chłopak - to "chinese style", nie tak odmienny od "polish style", prawda?) do Dali Old Town. Miasteczko śliczne i choć dużo w nim turystów i stoisk z pamiątkami to wciąż toczy się w nim codzienne życie mieszkańców. Jest też dużo taniego, pysznego jedzenia. Atrakcją może być spacer po murach miejskich z pięknymi widokami, wycieczka wokół jeziora, spacer po górach (płaska, wybrukowana trasa wiedzie przez zbocza gór, trzeba tym tylko wejść a potem zejść/opcjonalnie kolejka linowa). Dali trochę nam przypominało nasze Zakopane a miejscowość po drugiej stronie jeziora miała z kolei klimat nadmorskiego małego kurortu. Do wyboru do koloru. W tej ostatniej poznaliśmy parę chińskich studentów, wspólnie szukaliśmy noclegu a wieczorem wybraliśmy się na pyszną i sytą kolację w stylu azjatyckim, czyli zamawiamy kilka potraw i wspólnie je konsumujemy, do tego miska ryżu dla każdego i słaba herbata:-)
W dali zatrzymaliśmy się za darmo u hosta - francuza, który razem z kolegą wynajęli za grosze stary dom i przerabiają go na hostel. Nowsza część już działa a łóżko kosztuje 10zł. My spaliśmy na poddaszu, trochę zimno ale z klimatem. W zamian jeden dzień poświęciliśmy na prace remontowe.

Więcej zdjęć

Lijiang

Kolejna starówka, byłaby jeszcze piękniejsza ze względu na kanały, mostki i jeszcze węższe uliczki, gdyby nie prawdziwe tłumy odwiedzających. Ruch turystyczny zaburzył normalne funkcjonowanie starego miasta - ceny podskoczyły niewyobrażalnie i mieszkańcy byli zmuszeni się wyprowadzić. Na ich miejsce weszli hotelarze, restauratorzy i sklepikarze. Trzeba by tu mieć więcej pieniędzy, bo urocze knajpki i restauracje kuszą, żeby w nich usiąść. Można jednak znaleźć na starówce kilka tanich miejsc. Z tąd udaliśmy się miejskim autobusem na wieś - nadzieje mieliśmy na coś więcej, jednak nie żałowaliśmy wycieczki.

Więcej zdjęć

Wąwóz Skaczącego Tygrysa

Święta Wielkanocne jak się potem okazało spędziliśmy w górach. Dość wysokich - ponad 3 tyś. m n.p.m. a tuż obok dwa 5tysięczniki. Pierwszego dnia wyszliśmy równo z kilkoma innymi osobami na szlak, jednak drugiego dnia byliśmy już tylko my. Droga wiodła zboczem góry i co jakiś czas wpadała do wioski, gdzie na chętnych czekały gueasthousy. Zresztą mapki i oznakowania szlaku to wyłącznie robota ich właścicieli, gdyby nie to żadnych wskazówek pieszy by nie miał. Było pięknie, momentami wymagająco. Pierwszą noc spędziliśmy w hamakach, drugą w schronisku bo Bartka łapało choróbsko. W drodze powrotnej, w busie spotkaliśmy fajną rodzinkę z Katowic, ich dwoje i rezolutna, uśmiechnięta trzylatka, a do tego rowery! Czyli Ewa, Andrzej i Marta. Pozdrawiamy gdybyście czytali :-)

Jak. Piękne zwierze i smaczne ;-)
Więcej zdjęć


Na koniec podróży po Chinach zostaliśmy przemytnikami broni, ale o tym już w innym poście.







niedziela, 7 kwietnia 2013

Leci B-52 czesc 2

Było o szlaku Ho Chi Minha, więc teraz skupię się tylko na jaskiniach, które odwiedziliśmy na północy  Laosu.
Jak już napisaliśmy, Laos był pod czas wojny wietnamskiej bardzo mocno bombardowany, głównie ze względu na biegnący przez niego szlak. Ale strona amerykańska wspierała także ówczesny rząd  i tym samym bombardowała opozycyjną  Pathet Lao (komunistyczny i nacjonalistyczny laotański  ruch polityczny)  wspieraną miedzy innymi  przez komunistów wietnamskich.
Pathet Loa, aby chronić się przed bombardowaniami początkowo skrywali się w naturalnych jaskiniach, które znajdowały się przy miasteczku Phonsavan.
Obecnie dojechać do nich można z wycieczką zorganizowaną lub samemu. Według nas najlepiej jednak wynająć motor, wyjdzie taniej, szybciej i  swobodniej :-)
Do jaskiń trzeba wykupić bilet. Nie jest drogi. Koszt 4000kip za osobę czyli 2 zł. Razem z biletami otrzymaliśmy... klucze do byłej kwatery głównej Pathet Lao. Wyobrażacie sobie, aby w polskich realiach ktoś dał wam klucze do obiektu? A tu proszę, macie klucze, jak zwiedzicie to przynieście z powrotem :-)



















Pathet Lao szybko jednak rozpuściło swoich zwiadowców w poszukiwaniu większego i skuteczniejszego miejsca. Wkrótce przenieśli się do Vieng Xai, dlatego też w jaskiniach koło Phonsavan nie zobaczymy wiele pozostałości historycznych. Ale warto przyjechać dla samej jaskini. Mimo iż zniszczona pracami (powiększana i pogłębiana) ładnie prezentuje się w świetle latarek.

Zdjęcia z pierwszej kwatery Pathet Lao.

Vieng Xai -Hidden City. Taką nazwę nosi  miejsce z którego Pathet Lao kierowało swoimi działaniami. I rzeczywiście nazwa oddaje charakter tego miejsca nawet dziś. Wioska położona jest w dolinie, do około "wyrastają"  ogromne góry, skały a wszytko to o poranku spowite jest mgłą o konsystencji mleka.
W wielu wnętrzach gór znajdują się jeszcze nieudostępnione jaskinie. Dla turystów otwarte są te największe. W sumie 8 jaskiń z czego my zobaczyliśmy 6 + ja jedną na "dziko".
Do jaskiń nie można wchodzić samemu, trzeba wynająć przewodnika (z kluczami).
Wszytko jest zorganizowane bardzo poprawnie. Na wstępie każdy otrzymuje audio przewodnik, który odsłuchujemy  w odpowiednim, oznaczonym miejscu.  Wysłuchać można  relacji naocznych świadków, weteranów i historyków.


Dowiedzieliśmy się między innymi, że ludzie musieli zabić większość  swoich  zwierząt ponieważ pilot złapany ujawnił podczas przesłuchania  że mają nakaz zrzucania bomb w miejsca gdzie widzą zwierzęta rolne (  kurczaki, świnie, krowy itd) "bo tam są na pewno ludzie". Zwierzęta zjadały także pozostałości po fosforze, który wypalał im żołądki.
Musieli jednak uprawiać ziemie, aby było co jeść, więc pracowali  nocą przy świetle księżyca   lub/oraz wczesnym porankiem we mgle.
Mimo licznych bombardowań w jaskiniach odbywało się życie kulturalne, był teatr a także odbywały się skromne wesela.
Z tego miejsca nadawało także radio, zasilane było rosyjskim agregatem. Jaskinie były wyposażone w prąd, ale przez większość czasu panowało zaciemnienie, aby nie ułatwiać "pracy" pilotom US.

Jedna z kobiet opowiadała że nie wiedzieli czemu zrzucają na nich bomby ale z kolejnymi ofiarami narastała w nich nienawiść i chęć do dalszej walki.
Jaskinie w Vieng Xai są to miejsca które w środku wyglądają jak domy, są przystosowane do życia przez długi okres czasu. W Hidden City było wszytko czego Pathet Lao potrzebowało do funkcjonowania.
Radiowęzeł, szpital, sztaby, mieszkania, żywność  z wioski a wszytko to pod warstwą litych skał ukrytych we mgle a wszytko to blisko wietnamskiej granicy.

Zdjęcia z drugiej kwatery Pathet Lao "Hidden City"

 Vieng Xai uznawane jest za miejsc narodzin  Laotańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej a sama nazwa oznacza "zwycięskie miasto" i została nadana po zakończeniu wojny.  
W takich miejscach nasuwa się refleksja jak ważna jest motywacja. Wielokrotnie  historia pokazała, że nie koniecznie wygrywa ten lepiej uzbrojony, lecz ten bardziej zdeterminowany. Także i w tym przypadku Dawid pokonał Goliata. W 1975 roku Pathet Lao przejęła władze w Laosie i rządzi niepodzielnie do dnia dzisiejszego.

piątek, 5 kwietnia 2013

Jeszcze słów kilka o Laosie

Ciężko o podsumowania, bo jak zmieścić ten ogrom krajobrazów, małych wydarzeń, twarzy, atrakcji w jednej krótkiej formie? Mam jednak poczucie, że wiele nie zostało napisane. Warto może też dodać coś o odczuciach, jeśli chodzi o praktyczną stronę podróżowania po tym kraju.

Wiedzieliśmy, że Laos centralny i północny jest górzysty, ale w pełni to zrozumieliśmy dopiero po wielu godzinach jazdy po tych serpentynach. Laos nie ma jeszcze rozwiniętej infrastruktury, więc każdą górę trzeba objechać dookoła z zakrętami 180 stopni oraz wjechać i zjechać, a to wszystko oczywiście na wąskiej drodze. Aha no i do tego podskoki na dziurach na wysokość kilkudziesięciu centymetrów! (w Chinach, do których potem wjechaliśmy odczuliśmy silną różnicę, też góry ale "ugładzone" maksymalnie: tunele,wiadukty, mosty, autostrada). Nie żałowaliśmy jednak ani kawałka przejechanej drogi, bo widoki piękne. Zarówno o poranku, kiedy widzi się morze chmur jak również potem, kiedy można się przypatrzeć szczytom gęsto porośniętym zielenią, doliną rzek, wioskom. Nie dziwi zatem fakt, że z punktu A do punktu B jedzie się bardzo długo (nasze autobusowe podróże trwały przeważnie, jednorazowo około 10g.) Długa droga więc przerwy się należą. Wtedy cały "autobus" ustawia się rządkiem na poboczu i..sika.

Z połączeniami nie mieliśmy problemu, zawsze coś jechało, najwyżej było trzeba się przesiąść. Co utrudniało nam życie, to że dworce autobusowe były zawsze znacznie oddalone od miasta i było ich kilka (lokalny, na trasy pd. i na trasy pn. lub między prowincjami).

Laotańczycy byli różni, jak to bywa z ludźmi. Niektórzy próbowali nas naciągać, zdarzyło się, że byli jakby niezadowoleni z naszego widoku, większość była zaciekawiona, a były też osoby otwarte i życzliwe. Nigdy jednak nie spotkaliśmy się z agresją czy jednoznaczną niechęcią (no może poza tym razem, jak wsiadaliśmy do maksymalnie zapchanego autobusu - nikt tam nas nie chciał, bo robiliśmy jeszcze większy tłok. W końcu wsiedliśmy a i ludzie zrobili się potem mili). Laotańczycy to naród biedny, ze świeżą raną po wojnie i nie tak dawną zmianą ustroju. To państwo komunistyczne, choć w wyglądzie nie przypominającym tego z PRLu. Sklepy są pełne, obywatele swobodnie mogą poruszać się po kraju, policji praktycznie nie ma na ulicach. Laos w 80% to tereny wiejskie. Życie tam jest proste, skupione wokół pracy przy domu i na polu oraz wokół rodziny.  W zdecydowanej większości nie ma ogrodzeń ani między sąsiadami ani miedzy ludźmi a zwierzętami. Małe czy duże chodzą sobie swobodnie, a co ciekawe wkoło jest czysto i nie ma brzydkich zapachów.

Tak jak w całej Azji chyba, a przynajmniej tym kawałku przez nas odwiedzanym życie toczy się na ulicy. Tzn nikt nie zamyka w czterech ścianach ani swojego biznesu ani życia rodzinnego. Sprzyja temu zarówno pogoda jak i architektura. Nie zaznaliśmy jednak w Laosie mnogości ulicznych straganów z jedzeniem, a już na pewno nie z pysznym ulicznym jedzeniem. Był za to tani jak na warunki laotańskie ryż w warzywami i kurczakiem (6zł ogromna porcja), który po jakimś czasie dostał pseudonim "boring rice", no bo ile można ;P A na kolację pyszna paratha z bananem i słodkim mleczkiem za 3 zł. W Laosie pozwoliliśmy sobie natomiast na shaki owocowe i słynne Bear Lao.

Laos to raj dla osób na motorach/skuterach. (Można je wypożyczyć za umiarkowaną cenę) Na drogach nie ma dużego ruchu, a pola i wioski aż się proszą, żeby je odwiedzić. Bambusowe chaty, pomarańczowy piach, uprawy tarasowe, skały, lasy, wodospady - przyroda Laosu ma wiele do zaoferowania. Słabo rozwinięta infrastruktura, życie mieszkańców nienormowane bezlitosną ilością przepisów - Laos jest piękny w swojej prostocie i "dzikości".

Leci B-52..

Loas- przez ten kraj podczas wojny wietnamskiej szedł słynny szlak Ho Chi Minha. Jego zadaniem było (na początku) przerzucanie wojsk Północnego Wietnamu do Wietnamu Południowego. Później po zablokowaniu drogi morskiej przez amerykanów służył do zaopatrywania armii i partyzantów miedzy innymi w broń, amunicje, MW, paliwo itp.
Według historii wojny spisanej na zlecenie amerykańskiej National Security Agency (NSA) szlak był „jednym z największych – w warunkach bojowych – osiągnięć inżynierii wojskowej XX wieku.

Rekonstrukcja szlaku w muzeum w Vientianie. Transport obywał się miedzy innymi przy użyciu rowerów.
Priorytetem dla Amerykanów było przerwanie szlaku, ale operacje przeciwko systemowi były utrudnione ze względu na pozorną „neutralność” Laosu, co nie powstrzymało żadnej ze stron konfliktu przed naruszaniem owej neutralności.

Stąd też tajna wojna, stąd też tak liczne bombardowania w ramach rożnych operacji (Steel Tiger czy Tiger Hound). Ilość bomb, która spadła na Laos jest niewyobrażalnie duża. Można to odczuć w mieście Phonsavan, które bardzo dobrze opisała Maja w poprzednim poście. Ja dodam tylko, że Amerykanie nie tylko zrzucali bomby, ale prowadzili też wiele eksperymentów, aby powstrzymać transport na szlaku..i tak na przykład Laos byl opryskiwany "pomarańczowym agentem" (chemikalia, które zabijały roślinność, aby odsłonić i ułatwić tym samym bombardowaniu szlaku), rozpylano jodek srebra, aby rozganiać mgły i chmury w tym samym celu co powyżej, czy też zrzucano "mydło" aby powodować robienie się błota i tym samym hamować ruch na szlaku.

W gablocie miedzy innymi miny narzutowe oraz czujniki ruchu które były zrzucane z powietrza aby monitorować ruch na szlaku.
Tajna wojna w Laosie to dla mnie bardzo fascynujący fragment historii, ponieważ tak samo jak teren działań wojennych w samym Wietnamie, tak samo i Laos był terenem, na którym  po raz pierwszy w historii, w tak szerokim zakresie, zaczęto używać sił specjalnych. Zrzucane bomby były różne. Wiele bomb, które spadły były  bombami przeznaczonymi na Wietnam Północny, ale ze względu na silną obronę przeciwlotniczą piloci amerykańscy wracający z akcji mieli wytyczne, aby to czego nie udało sie zrzuci nad Hanoi, aby zrzucali w drodze powrotnej przez Laos ("zawsze w coś trafia").

"Zdekowana" broń, dodatkowe zbiorniki na paliwo  oraz bomby zrzucone na Loas.  Phonsawan.


Jednak duża cześć bombardowań to wynik  działań właśnie sił specjalnych takich jak SOG,  w skład którego wchodzili świetnie wyszkoleni żołnierze z zielonych beretów, rangersów czy US Navy Seals.
To oni wskazywali cele do bombardowań zarówno w Laosie, Kambodży jak i w Wietnamie na tyłach wroga.
Ciekawostką historyczną jest też firma "Air America", która to była niby prywatną linią lotniczą a tak naprawdę pracowała dla CIA robiąc rozpoznanie lotnicze, wskazując cele oraz dostarczając broń i zaopatrzenie dla górskich plemion Hmong.
Temat rzeka...miał to być post o jaskiniach, które odwiedziliśmy a wyszedł mi post o szlaku Ho Chi Minha. Z drugiej strony przejechaliśmy w ciągu miesiąca Laos z południa na północ więc i o samym szlaku też watro wspomnieć, ale potraktujmy to  jako wstęp do jaskiń ..w końcu trzeba wiedzieć kogo i przed czym one miały chronić ;-)


środa, 3 kwietnia 2013

..moją bronią nóż i kusza...

W Polsce podobno jest przepis mówiący o tym, że możemy posiadać przy sobie nóż, ale pod warunkiem, że ostrze nie przekracza 6 cm.
Laotańczycy nie wiedzą, gdzie leży Polska, a już na pewno nie słyszeli o takim przepisie.
Ich noże są długie i masywne. Wynika to z tego, że nóż jest po prostu jednym z podstawowych narzędzi pracy. Małe noże nie poradzą sobie z tutejszą roślinnością. Na wsi nóż ma prawie każdy. Hodowcy używają go do szatkowania roślin na pokarm dla zwierząt. Mahut- opiekunowie słoni ścinają i tną na kawałki bananowce i karmią  nimi słonie. Farmerzy ścinają  nimi trzcinę cukrowa, bambusy itd. Sprzedawcy obierają nimi kokosy a nawet ananasy. Dzieciaki jak to dzieciaki..nóż jest potrzebny i już :-)





Kusza. Nie są to takie kusze jakie znamy z naszej historii gdzie, broń ta była w stanie razić przeciwnika na bardzo duże odległości i przebijać rycerska zbroje, a do ich napinania potrzebna była korba. Kusze są tu bardzo proste. Wykonane są w całości z drewna a strzały wykonywane są z bambusa.


Pewnego dnia w Sam Neua szukając monumentu szedłem przez wąską uliczkę, w której starszy Laotańczyk ćwiczył umiejętności strzeleckie. Nie myśląc zbyt długo  podszedłem  i zapytałem czy mogę popatrzeć, potem kilka fotek i pytanie "mogę spróbować"? :-)
 Nie było problemu, zgodził się od razu, wyszła też żona, dzieci, przybiegł sąsiad ze swoją kuszą. Mój gospodarz pobiegł do domu po więcej puszek i dodatkowe strzały.. w powietrzu zawisła atmosfera 'rywalizacji".

 Panowie byli uczciwi i dali mi szanse na strzały próbne :-) Mieli przy tym niezły ubaw, bo początkowo z przyzwyczajenia przykładałem kolbę do ramienia. Szybko zorientowałem się że kusza nie tylko nie ma takiej mocy jakiej się spodziewałem, ale także nie posiada przyrządów celowniczych. Wyczułem też spust oraz trajektorie lotu strzały. Po trzech strzałach bylem gotów.
Każdy z nas miał po 5 puszek do strącenia. Wszyscy strąciliśmy wszystkie swoje cele :-)
Rozstaliśmy się w sympatycznej atmosferze, gdzie wszyscy uśmiechając się pomrukiwali twierdząco "białasy też umieją strzelać z kuszy" :-)

Polska vs Laos 1:1


AK 47
Na głębokich wsiach można też spotkać panów z "kałasznikowami" ..jadąc przez jedną taką wieś zauważałem na polu pana paradującego z AK47 na plecach. Zszedłem z motoru i chciałem nawiązać kontakt ale Pan uciekł do domu... Nie wiem czy była to pozostałość po dziadku ale na pewno nie był to kałach kupiony w sklepie z bronią  ;-)

Phonsavan - Laos jakiego się nie spodziewaliśmy

Z Luang Prabang skierowaliśmy się na wschód do miasta Phonsavan. To w tych okolicach są słynne "The Plain of Jars", czyli wzgórza pokryte wielkimi, kamiennymi dzbanami, datowanymi na epokę brązu, których geneza i zastosowanie pozostają w dalszym ciągu zagadką.


Dla nas głównymi powodami wizyty była jednak historia miasta, które mocno ucierpiało podczas bombardowań oraz krajobrazy, jak odmienne od tych, które do tej pory widzieliśmy w Azji Południowo-Wschodniej.

Po wojnie wietnamskiej, w której Laos też brał udział, te rejony były jednymi z najciężej bombardowanych. Po przyjeździe na miejsce odwiedziliśmy centrum MAG (Mines Advisory Group), które zajmuje się oczyszczaniem terenów z niewybuchów. Tam obejrzeliśmy film dokumentalny "Boombies", który opowiadał o wojnie, bombardowaniach, ale przede wszystkim o konsekwencjach. Bardzo wiele bomb wciąż leży w ziemi i zagraża życiu ludzi, przede wszystkim dzieciom i rolnikom. Hamuje to rozwój rolnictwa i infrastruktury, bo strach kopać. Statystyki bombardowań i wypadków spowodowanych UXO (unexploded ordinance) są zatrważające. Wiedzieliście, że Laos jest najbardziej zbombardowanym miejscem na ziemi per capita? Statystycznie przez 9 lat co 8 minut spadała na niego bomba (z fosforem lub napalmem). Dwie organizacje zajmują się oczyszczaniem terenów z UXO - rządowe UXO Lao oraz zagraniczny MAG. Ale potrzeba na to jeszcze wiele czasu i pieniędzy.


W okolicy widać kratery po wybuchach, przy restauracjach, domach, informacji turystycznej stoją rozbrojone bomby. Najciekawsze jednak jest to, jak mieszkańcy tych terenów znajdują dla nich nowe wykorzystanie w życiu codziennym. Właśnie to tropiliśmy przede wszystkim podczas odwiedzania wsi. Oprócz tego w wiosce znaleźliśmy o wiele więcej - mogliśmy się sami, spokojnie przyjrzeć sposobowi życia, rozwiązaniom, narzędziom, zabawom dzieci. Jedna z wiosek stała się sławna ze swoich aluminiowych wyrobów, powstających z przetopionych bomb i części samolotów. Zaczęto od produkcji łyżek, potem doszły bransoletki "make bracelets, not war" a obecnie jeszcze otwieracze do butelek i "boombies". Pozwolono nam nawet wytopić swoje (niedoskonałe) łyżki :-) Wioska jest niewielka, 13 rodzin zajmuje się produkcją tych przedmiotów i teoretycznie sprzedawane są one przez coś w rodzaju fundacji a pieniądze idą na jej konto sponsorujące polepszanie warunków życia w wiosce i udzielają małych kredytów mieszkańcom. W praktyce rodziny sprzedają też swoje produkty bezpośrednio. Pomysłodawcom był cudzoziemiec, który nauczył ich jak przetapiać aluminium i wytwarzać przedmioty. Wsparcie otrzymali również od fundacji szwedzkiej, która monitorowała (teraz coraz mniej) zarządzanie funduszem, wraz z laotańską Partią Kobiet.


 Śledząc historię Laosu odwiedziliśmy też okoliczne jaskinie, w których na początku wojny skrywali się komuniści. Szybko jednak przenieśli się oni do licznych jaskiń w okolice obecnego miasteczka Vieng Xay (o tym więcej u Bartka w poście).

Cała prowincja położona jest w górach, a samo miasto usytuowane jest na 1200m n.p.m. przez co klimat jest tu łagodniejszy. Okolicę porastają miedzy innymi lasy piniowe, co sprawia, że podczas spaceru po
górkach czuliśmy zapach polskich lasów iglastych. Krajobraz jest malowniczo falujący dzięki tarasowym polom ryżowym o nieregularnych kształtach oraz górom i górkom z łagodnymi stokami (w większości). Mówią, że okolica, widoki przypominają te z Dzikiego Zachodu... Może:-) Np wielki kaktus przy domu, pomarańczowo-czerwona ziemia, (pół?)dzikie konie. Przypomina czy nie, jest tam po prostu pięknie!
Więcej zdjęć

Dementujemy pogłoski...

...o porwaniu, powrocie do domu i innych :-) Przyczyną naszej nieobecności była cenzura internetu przez ostatnie tygodnie. Przez najbliższe dni będziemy uzupełniać bloga i galerię zdjęć. Zapraszamy do odwiedzin :-)

Mamy nadzieję, że Święta upłynęły Wam przyjemnie, spokojnie, rodzinnie przy pysznie zastawionym stole. Doszły do nas wieści o atmosferze iście Bożonarodzeniowej i tak sobie myślimy, że wiedzieliśmy kiedy wyjechać :-P  U nas też nie było za ciepło w tym czasie, bo byliśmy
 na dużych wysokościach. Ale o tym w kolejnych odcinkach ;-) Choć po czasie, życzymy Wam świątecznie wszystkiego dobrego i szybkiego nadejścia wiosny.

Nie mamy zdjęć pisanek...w zamian malowany pies ;-) Wygląda biednie, ale był radosny i miał swój dom. Niech ta mina was nie zwiedzie ;-)




Żyjemy i mamy się dobrze :-)