Co my tu mamy

wtorek, 12 marca 2013

Luang Prabang

Luang Prabang, główna atrakcja Laosu, położone jest w północno-centralnym Laosie. Niegdyś było stolicą, o czym przypomina Pałac Królewski, będący obecnie muzeum.  Miasto słynie również z bogatej kultury buddyjskiej, z którą związane jest słynne "morning alms", czyli poranne ofiarowanie darów mnichom buddyjskim. Miasto zostało przemianowane na Luang Prabang na cześć posągu Buddy podarowanego królowi  ("Królewski Wizerunek Buddy" czyli Luang Prabang), który można obejrzeć w Muzeum.

Miasto w całości jest wpisane na listę UNESCO, dzięki czemu (tak podejrzewam) panuje w nim estetyczna harmonia (m.in. wszystkie szyldy są drewniane w wyżłobionymi i pomalowanymi na biało literami). Dominuje piękna kolonialna architektura. W dawnych francuskich rezydencjach obecnie mieszczą się restauracje, galerie, hotele, sklepiki. Aż chce się wejść do środka!

Jeden dzień poświęciliśmy w całości na słonie. Oprócz przejażdżki w "siodle", czyli dwuosobowej  "ławce", była też nauka prowadzenia słonia i przekładanie teorii na praktykę. Nie zabrakło też wspólnych kąpieli wodnych w rzece. Cudownym doświadczeniem było siedzenie na jego szyi, głowie i czucie pod gołymi stopami (buty się zdejmowało) tego ogromnego zwierza. Zaskoczyła nas gracja z jaką słonie się poruszały - żadne z górki na pazurki, tylko stopa za stopą, delikatnie i powoli - zadziwiające.

P.S. Była jednak rzecz, która psuła mi to doświadczenie - był nią hak, ułatwiający znacznie kierowanie słoniem, ale w bolesny jak się domyślam sposób. Nie każdy go używał (tablica informacyjna zresztą zabraniała stosowania go), ale na nieszczęście słonia i moje mój mahout (tak nazywają się jeźdźcy i opiekunowie słoni, kiedyś prestiżowy zawód, bo królewski, dziś stracił swoje znaczenie) nadużywał go.

Ostatni dzień, to były pierwsze samodzielne kilometry na motorze (swoją drogą w LP mają najwyższe ceny za wypożyczenie, ale cóż zrobić - i tak wychodzi o wiele taniej i o niebo lepiej niż z wycieczką). Odwiedziliśmy cegielnię (weszliśmy nawet do wnętrza pieca), zobaczyliśmy słynna jaskinię ze świątynią we wnętrzu, przyjrzeliśmy się z bliska procesowi wyrabiania glinianych naczyń, powłóczyliśmy się po wioskach, a nawet zostaliśmy zaproszeni do jednego z domów na prywatny pokaz gry na flecie i ichnim instrumencie drewnianym, przypominającym duże (bardzo) cymbałki. Od tak, Pana zainteresowały nasze osoby i chciał się pochwalić:-) A to wszystko bez komercji i kupowania turystycznego produktu. Były to autentyczne miejsca pracy odwiedzonych przez nas mieszkańców, którzy zgodzili się na naszą tam obecność. Okazało się też, że Bartek ma wrodzony talent do jazdy na motorze i wyprowadził nas bez szwanku z kilku groźnych sytuacji, tzn takich, które najprawdopodobniej skończyłyby się wywrotką.

Każdy dzień w LP kończyliśmy na targu z jedzeniem - wąskiej, obskurnej uliczce z pysznym jedzeniem, grillem, warzywami, ryżem i noodlami - do wyboru do koloru - płacisz 4zł i ładujesz tyle, ile zmieści ci się na talerz. A to tego dla Bartka Cola a dla mnie sławne Beer Lao :-)

Z Luang Prabang, jak wspomniałam na początku, związana jest też ceremonia składania porannej ofiary mnichom. Ma to miejsce o świcie, kiedy mieszkańcy wychodzą na ulice, kobiety zasiadają na matach (nie można być wyżej od mnicha - to okazanie braku szacunku), ale mężczyźni mogą stać. Ze swoich koszy z jedzeniem (głównie sticky rise) rozdają dary przechodzącym mnichom. Wywodzi się to z tego, że życie mnicha ma być ubogie, nie ma on posiadać dóbr materialnych ani pieniędzy i (przynajmniej teoretycznie) żywić się tym, co otrzyma od ludzi. A je tylko dwa razy dziennie (o świcie i w południe).
Jeśli chodzi o mnichów buddyjskich trzeba rozróżnić, że spora ich część to nie mnisi "zawodowi" tzn przywdziewający szaty mnisie na całe życie tylko "tymczasowi". Ci pierwsi mają zasłonięte ramiona, a Ci drudzy jedno ramię odsłonięte. Uznaje się, że mężczyzna choć raz w życiu powinien wstąpić do świątyni, jest to dodatkowo prestiż i wielkie wydarzenie dla jego rodziny. Czas, na który wstępuje się do zakonu jest tak na prawdę dowolny. Można takie doświadczenie również powtórzyć.
(Nie jesteśmy znawcami tematu, możemy się mylić w pewnych kwestiach. Tyle dowiedzieliśmy się od ludzi, z którymi rozmawialiśmy)
Wyobrażałam sobie, że Morning Alms będzie magicznym przeżyciem. Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. O 6 rano główna ulica była już pełna turystów, którzy albo polowali na zdjęcia albo czekali z ofiarą na mnichów. Wokół miejscowi proponowali wzięcie udziału w tym przedstawianiu - zapewniali maty, koszyki ze sticky rise, bananami, słodyczami, chustę do zawiązania przez ramię.
Na szczęście w bocznych, mniej uczęszczanych przez turystów uliczkach można było podpatrzeć jeszcze miejscowych. Ciekawe, co na to wszystko mnisi?

Miasto oczywiście dostrzegło problem i w różnych miejscach zawiesiło tablice z informacjami, jak nie należy się zachowywać obserwując Morning Alms oraz uwaga, aby osobiście brać udział tylko jeśli jest to dla nas na prawdę znaczące (wynikające z wiary, przekonań).

Nie jesteśmy hipokrytami i zdajemy sobie sprawę, że chcąc nie chcąc swoją obecnością cegiełkę dołożyliśmy w kierunku uczynienia  ceremonii bardziej profanum niż sacrum. Aczkolwiek ja ograniczyłam się do zrobienia tylko jednego zdjęcia zza murka i utrzymywałam odległość :-P

Więcej zdjęć

Kapitan Morszczuk.. Z pozdrowieniami dla Marcina C. :-)

Rybołówstwo jest powszechne i tak normalne w delcie Mekongu, jak dla nas wyjście rano po świeże bułki do sklepu :-) Przy każdym domu wiszą siatki, pułapki na ryby/kraby/krewetki rzeczne, a praktycznie każda głowa rodziny przy domu  posiada swoją łódź zwaną "long tail". Jest to również uwarunkowane potrzebą, gdyż na "4000 tysiącach wysp" mostów jest nie wiele, właściwie wiemy tylko o jednym :-)

Bardzo chciałem się nauczyć łowić ryby miejscowym sposobem. Nie tylko w delcie Mekongu, ale w całym  Laosie popularna jest metoda zarzucania okrągłej sieci z obciążnikami. Wygląda to efektownie, ale co najważniejsze jest skuteczne.

Na wyspie funkcjonowały biura (trochę za dużo powiedziane ale nich będzie), które zabierają turystów na pokazy, potem jest BBQ i zachód słońca. Ja wybrałem inny drogę.
Szukając sposobności nauczenia się tej metody natrafiliśmy z Maja na miejscowego, który mówił troszkę po angielsku i zwąchał okazję do zarobienia. Na wszystko co chciałem zrobić odpowiadał  "OK". Nauczysz nas łowienia ryb? OK. Na sieć? OK. Na waszą wędkę,? OK. Nauczysz mnie prowadzić waszą łódź i obsługiwać silnik? OK. Nie zastanawiając się długo, umówiliśmy się na na następny dzień na 10.00 :-)

Bardzo odpowiadało mi, że tego wszystkiego, co chciałem się nauczyć, dowiem się od miejscowego. Wychodzę z założenia, że najlepszymi nauczycielami są właśnie oni. Wystarczy ich obserwować a później powtarzać i ćwiczyć. Następnego dnia okazało się, że trafiliśmy jeszcze lepiej, nie pojedziemy z tym młodym chłopakiem, ale z jego wujem, który zgodził się nas zabrać i wszytko pokazać. Wuj nie mówił ani słowa po angielsku. My próbowaliśmy sił z naszym laotańskim. Ale jak zwykle najlepiej wychodziła nam mowa ciała i migi.

Popłynęliśmy w dół Mekongu w kierunku wodospadów, zatrzymaliśmy się na zakręcie na płyciznach. Tam "opanowaliśmy" sztukę łowienia na wędkę.





Wędka laotańska:
Bambusowy kij, żyłka, ciężarek, haczyk + przynęta znaleziona na miejscu. W pierwszym momencie jak ją zobaczyłem pomyślałem, "to jakiś żart", przecież w Polsce takie wędki to dzieci robią i złapać na nie można najwyżej kolegę za koszulę albo puszki z podłogi podnosić.
No cóż, tutaj złowiłem dwie ryby + około 3 się zerwały (za szybko chciałem wyciągnąć)..kwestia wprawy.


Płyniemy dalej na środek rzeki ale tak, aby dało się w niej brodzić.
Teraz siatka. Kilka pierwszych rzutów wykonuje wuj, ja obserwuję i zwijam moją,  niewidzialną siatkę. Teraz moja kolej... Wuj przekazuje mi siatkę, instruuje ..yy..noo...yy...noo .. ok. Pierwsze rzuty fatalne, potem lepiej. Pierwsza ryba, uciekła bo za szybko podnieśliśmy siatkę, potem już jakoś szło.
Technika nie jest łatwa, ale można  nauczyć się jej w 30 minut. Jednak aby opanować, trzeba oczywiście ćwiczyć.




















Long tail (długi ogon) łodzie są charakterystyczne dla Azji Płd - Wsch. Obsługi silnika można nauczyć się w 10 minut, ale prowadzić ją jest już trudniej. Przede wszystkim ze względu na swój kształt łódź nie jest stabilna. Łatwo ją wywrócić na bok, z drugiej strony dzięki temu kształtowi łatwiej manewrować (rzeka bywa  wąska). Łódź jest zanurzona w wodzie minimalnie, dzięki czemu nie jest problemem pływać nawet po płyciznach, lecz trzeba się przyzwyczaić, że na pokładzie zawsze jest woda. Z niezrozumiałych dla nas powodów łodzie zawsze przeciekają a miejscowi zamiast łatać dziury wolą wybierać wodę.
Sztuka polega też na umiejętności prowadzenia i jednoczesnego obserwowania lustra wody, które mówi nam, czy pod spodem kryją się ostre głazy, mielizna lub powalone drzewa, korzenie.

Gdy ja prowadzę łódź Maja i wuj relaksują się, oglądają widoki na brzegu (kopiące się bawoły, tubingujacych przyjezdnych i miejscowe dzieci, kobiety myjące garnki w rzece).















Po całym dniu spędzonym na łowieniu płynę do wioski. To była cenna lekcja, którą jeszcze wykorzystam w podróży do podratowania naszego skromnego budżetu;-)
Kob czai wuju rybaku :-)

poniedziałek, 4 marca 2013

Południe Laosu, czyli stolica relaksu w hamaku

Po odwiedzeniu jaskini Kong Lor, która okazała się naprawdę wielka, a smaczku dodawało, że zwiedza się ją z pokładu łódki (typu lokalnego), udaliśmy się w stronę Pakse. Tam mieliśmy zamiar wypożyczyć skutery na kilka dni, jednak plany musiały ulec zmianie, gdyż w drodze powrotnej z jaskini miałam wypadek na motorze (nie, to nie Bartek prowadził, a napotkany Francuz).  Ręka była niesprawna przez kolejny tydzień, więc udaliśmy się na 4 tysiące wysp na Mekongu. Spodziewaliśmy się, że będzie to idealne miejsce do rehabilitacji. I tak właśnie było ;-)


Choć proces komercjalizacji SiPanDon rośnie w tempie zastraszającym; i nie ma już tu tej atmosfery, o której czytałam przed wyjazdem, to wciąż warto tu pobyć. Dwie zamieszkane wyspy (jest też trzecia, ale duża, z drogami, droższym zakwaterowaniem) są połączone mostem i można je przemierzyć pieszo, choć wygodniej zrobić to rowerem, których do wypożyczenia jest tu pełno. Małe bungalowy umiejscowione są na palach nad samą rzeką, a każdy, ale to każdy wyposażony jest w najważniejszy tu element - wygodny hamak, a nawet dwa, żeby nie było trzeba się dzielić:-) Przy samym wejściu na wyspę, przy przystani, są bary, restauracje i biura podróży, ale kilka kroków w głąb już robi się spokojnie. Choć zrobiło się trochę ciasno wzdłuż ścieżki, z racji licznych drewnianych domków do wynajęcia, to jest to wciąż laotańska wieś rybacka. Pod nogami plączą się pisklaki, kury i większy drób, koty, psy, prosiaki no i nasze ulubione bawoły rzeczne. Hamakują oczywiście nie tylko turyści, ale także lokalsi. Wiodą sobie oni spokojne życie, każdy ma łódź i siatkę na ryby. A pieniądze, w postaci turystów, same się do nich pchają. Niepokojące było tylko to, że nie było widać dzieci chodzących do szkoły.. mam nadzieję, że to ja po prostu ich nie zauważyłam,bo szkoła jedna była.


Nudzić nam się nie nudziło, choć atmosfera wbijała nas w hamak na wiele godzin. Już na samym początku poznaliśmy Polkę, Asię podróżującą solo i tych kilka dni spędziliśmy praktycznie razem. Zobaczyliśmy wodospad, słodkowodne delfiny, które nam się pokazały - jak miło z ich strony, pospacerowaliśmy, pływaliśmy na dętce z opony, pooglądaliśmy zachody słońca, łowiliśmy ryby z Laotańczykiem, gdzie Bartek miał okazję nauczyć się prowadzenia ichniej łodzi i rzucania siatki rybackiej.
Opuszczając wyspę, moja ręka już wracała do zdrowia.


Poza tym, odwiedziliśmy po drodze Pakse, samo miasto nas niczym nie zachwyciło, ale spędziliśmy miłe chwile w pensjonacie u rodziny laotańskiej. Ponieważ dopiero co otworzyli, chciało im się jeszcze rozmawiać z gośćmi (gdzieś czytałam, że im dłużej prowadzony jest taki biznes tym mniej uprzejmi, pomocni i rozmowni ludzie). Korzystając z okazji stworzyłam swój mały słownik polsko-laotański. A poza tym miejsce też było ulokowane nad rzeką i były hamaki, a i pokój trafił nam się wyjątkowo przytulny :-) 

Obecnie zaczynamy maraton nocnych autobusów. Doszło bowiem do naszej świadomości, że "popłynęliśmy" z "lao time" trochę za bardzo; wizy ważne jeszcze tylko 10 dni, a przed nami tyle miejsc w północnym Laosie do zobaczenia.

Więcej zdjęć




poniedziałek, 25 lutego 2013

LAO PEOPLE'S ARMY HISTORY MUSEUM

Vientiane nie jest tak dużym miastem i tak turystycznym jak Bangkok czy Szanghaj, ale jest to jednak stolica Laosu i mieszczą się tu wszystkie ważne miejsca takie jak np. Pałac Prezydencki, Ministerstwo Obrony, Muzeum Narodowe itp. Ja odwiedziłem w pierwszej kolejności muzeum Lao Army, ktore znajduje się zaraz obok Ministerstwa Obrony.

Wstęp nie jest tani...5000 Kipów! (2zł ;-)

Muzeum składa się z dużego dziedzińca, na którym znajduje się park dużych maszyn takich jak śmigłowce, czołgi, samoloty (choć uczciwie trzeba napisać, że za dużo to nie pokazali...bo wszytko występuje po jednej sztuce). Z przodu muzeum są egzemplarze lepiej zachowane, z tyłu te w gorszym stanie ;-)
Budynek z zewnątrz jest dość duży, ale  wewnątrz przestrzeń nie jest w pełni zagospodarowana. Budynek jest dwu kondygnacyjny, na parterze znajduje się uzbrojenie w postaci lekkich pojazdów typu jeepy, ciężarówki, lekkie czołgi, armaty i działka przeciwlotnicze.
 

Na górze znajdują się wystawy podzielone na okresy historyczne.
W muzeum niewiele zobaczymy zbiorów na temat dawnej historii tego kraju. Najwięcej jest na temat współczesnych konfliktów.
Wystawy skupiają się wokół wojny z francuskimi kolonizatorami, Wojnie Wietnamskiej, w którą Loas był  właściwie wciągnięty wbrew swojej woli po stronie Wietnamu Północnego .

Większość  sprzętu ulokowanego w muzeum pochodzi z demobilu Armii Laotańskiej, którego producentami są Chiny lub były ZSRR. Pozostały sprzęt to broń zdobyczna produkcji amerykańskiej lub francuskiej (w zależności od konfliktu).
Zdjęcia z muzeum 

niedziela, 24 lutego 2013

Vientiane - pierwsze kroki na laotańskiej ziemi

Mimo wcześniejszych przypuszczeń, Tajlandia mnie oczarowała. Choć już tydzień jesteśmy w Laosie, głowę mam jeszcze pełną niespisanych wspomnień i spostrzeżeń z prawdziwej "krainy uśmiechów".

Teraz jednak kilka słów o naszym nowym miejscu. Początki tym razem były trudniejsze a jeszcze nie wiemy czy warte zachodu. Podejrzewamy, że tak, więc brniemy dalej w ten laotański świat, z którym się jeszcze do końca nie oswoiliśmy.

Historia zaczęła się w stolicy kraju, w Vientiane. Spokojne miasto, bez wieżowców i nowoczesnych biurowców. Odwiedzających pełno, ale tylko na jedną lub dwie noce. Fama bowiem głosi, że to nudne miejsce, służące tylko za wymuszony - trasą i obowiązkami wizowymi do innych krajów - przystanek.


U nas miało być podobnie - odbiór przesyłki z Polski i wyrobienie wiz do Wietnamu. Okazało się jednak, że ambasada cały tydzień była zamknięta ze względu na wietnamskie święto Tet, a i przesyłka szła wolniej niż oczekiwaliśmy. Ponad to, wczuliśmy się w tzw "lao time", czyli niespieszne, leniwe tempo życia mieszkańców i ciężko nam się było zabrać za organizację czasu jaki mamy w Laosie. Nie ułatwiała też tego obsługa w hostelu, której zależało bardziej na sprzedaży własnych biletów niż udzieleniu nam informacji odnośnie połączeń po kraju, ani usytuowanie dworców autobusowych, dwóch różnych,  oddalonych o 10, może więcej kilometrów.


Pierwsze dni mijały nam więc powolnie, drzemaliśmy popołudniami, oglądaliśmy zabytki i atrakcje dostępne pieszo. Przy okazji załamując się cenami produktów i usług (a mówili, że będzie taniej niż w Tajlandii). No bo kto to widział, żeby płacić 50.000-60.000 za pokój, 12.000 za ryż z kurczakiem albo 60.000 za bilet autobusowy!? Oczywiście chodzi o laotańskie kipy ;-)


Trzeciego dnia w końcu ożyliśmy. Zamarzyło nam się kupno/wynajęcie tuk tuka (motorikszy), ach, co za plany i wizje z nim związane mieliśmy. Zasięgnąwszy języka wśród mieszkańców, niestety musieliśmy zrezygnować z tego pomysłu. Ale chęci do działania na szczęście zostały.  Zaczęliśmy odkrywać popołudnia na plaży nad Mekongiem i zachody słońca, znaleźliśmy miejsce do zawieszenie naszego hamaku - masa radości i w końcu komfort dla pleców, odwiedziliśmy Park Buddów, wypożyczyliśmy rowery i zawitaliśmy na dworce zasięgnąć informacji, Bartek znalazł Muzeum Wojny, poszliśmy na basen, spotkaliśmy się z młodą Polką mieszkająca od pół roku z rodziną w Vientianie, dorobiliśmy się swojego ulubionego miejsca do siedzenia z tanimi szejkami owocowymi i boską laotańską kawą na zimno (i rudym kotem i ogromnym gekonem), stałym punktem była również paratha na kolację - coś w stylu smażonego naleśnika na słodko, trafiliśmy też na manufakturę jedwabiu, gdzie przebiegał cały proces od pozyskiwania jedwabiu, po koloryzację i haftowanie - wszystko ręcznie. Także uważamy, że to miasta da się lubić i można się w nim nie nudzić.


Ale już kopytkowaliśmy w miejscu, także szczęśliwi byliśmy wyjeżdżając ze stolicy. Mieszkańcy mijanych przez nas miasteczek zajmują się głównie uprawą tytoniu, produkcją węgla drzewnego i przed prawie każdym domu widać suszone ..bataty?  Dzisiaj, z licznymi przesiadkami i autostopem, który był konieczny, gdyż nie było żadnego autobusu, a te co nas skądś mijały, się nie zatrzymywały, dojechaliśmy do Kong Lor, wioski obok, której jest podobno zjawiskowa jaskinia o tej samej nazwie. Nam już się podoba, bo widoki piękne, a wokół najprawdziwsze laotańskie wioski, drewniane domy na palach, całe zwierzyńce przebiegają przez drogę a dzieciaki latają bez butów tudzież jeżdżą po kilkoro na rowerach, oczywiście zadowolone. A to wszystko w tumanach pyłu, który się unosi z drogi.


Niestety tutaj niektóre dzieci na nasz widok wołają o pieniądze. Pierwszy raz się z tym stykamy, Tajlandia i Wschodnie Chiny, w których do tej pory byliśmy, to jednak dobrze prosperujące regiony. Takie incydenty będą się zdarzały w biedniejszych krajach, ale tylko w tych miejscach odwiedzanych przez turystów...

Nie "wyczuliśmy" jeszcze Laotańczyków. Nie nawiązuje się z nimi tak łatwo kontaktu jak z Tajami. Jednak raz już byliśmy szybciutko zaproszeni na piknik rodzinny, gdzie ugoszczono nas piwem i karkówką z grilla (brzmi swojsko prawda? ;-) Ale wygląda troszkę inaczej aczkolwiek sens pozostaje ten sam) a innym razem Pan z przydrożnej jadłodajni zaczął z nami dłuższą rozmowę i nawet skończyło się na wspólnych zdjęciach ;-) Także pewnie rozkręci się jeszcze jak nabierzemy wprawy w stosunkach polsko-laotańskich.


A dzisiejsze popołudnie i wieczór spędziliśmy w dwójką sympatycznych, starszych od nas Francuzów (podróżujących osobno), którzy już są "starymi wyjadaczami" jeśli chodzi o podróże. Miło było posłuchać ich opinii i odczuć oraz stwierdzić, że choć my dopiero zaczynami, to już patrzymy na świat podobnie.

Więcej zdjęć

niedziela, 17 lutego 2013

W kierunku Laosu

Prawie 800km wynosi odległość z Kanchanaburi do Nong Khai, miasta graniczącego z Vientianą w Laosie.
Pozostały nam 3 dni legalnego pobytu w Tajlandii. Chcieliśmy więc sobie drogę urozmaicić i zobaczyć coś jeszcze na koniec - a więc autostop.
Bartek w koszulce z królewskimi symbolami, sprawdza czy działa;-) droga nr 2

To do końca się nie udało, bo: najpierw rodzice Sanni mieli ogromną potrzebę wsadzenia nas bezpiecznie do autobusu (nie wyobrażali sobie, że mogą nas zostawić od tak na drodze) a na koniec za namową Tajki, która nas zabrała swoim samochodem do kolejnego miasta w pół drogi, wsiedliśmy w pociąg, który kosztował śmieszne 6 zł za około 300km. Co więcej, okazało się, że pociąg jednak bezpośredni nie jest. Gdyby mieć w Polsce tyle przesiadek, pewnie by nam wizy nie starczyło, żeby dojechać do celu. A tutaj, wysiadasz i już masz w co wsiąść, wszystko na siebie czeka i cała droga z trzema przesiadkami poszła sprawnie i wygodnie. Oczywiście konduktor widział, że my biali nic nie kumający, więc dwa razy powtarzał i pokazywał, że tu będziemy się przesiadać:-) Także wszystkim babuleńkom pomagał z siatami i ze wskakiwaniem do wagonu. Ale odcinek od Saraburi do pociągu, około 150km dojechaliśmy stopem:-)

Udało się szybko, jedziemy! :-D

Mieliśmy też okazję zatrzymać się na noc w trzech nowych dla nas miastach oraz odwiedzić jedno już nam znane i nawet spotkać Panią, u której poprzednio jedliśmy śniadanie i która podwoziła nas w Khao Yai:-) Z przygód po drodze to, raz Pan Taj chciał być tak pomocny, że jak zabraliśmy się z nim na stopa, to on chcąc dobrze, zawrócił z autostrady, dojechał do miasta, pytając się ze cztery razy o kierunek, zawiózł nas na dworzec i odstawił do konduktora, który już był przez niego poinformowany dokąd chcemy jechać - nam to drogę mocno utrudniło. Gwiazdką z nieba okazał się, niepoznany przez nas nawet, ksiądz. Aby skorzystać z przejazdu koleją za grosze, musieliśmy przeczekać noc. W tym celu udaliśmy się w miejsce z katolickim krzyżem, po drugiej stronie ulicy. Weszliśmy do jakiegoś lobby/recepcji (okazał się to być duży kompleks, głównie szkoła katolicka) pytając się o kawałek podłogi na jedną krótką noc. Podłogi nie otrzymaliśmy, za to pokój w hotelu tak!



Pierwszą podróż po Tajlandii zakończyliśmy w miasteczku Nong Khai nad Mekongiem. Na drugi dzień przez Most Przyjaźni Tajsko - Laotańskiej dostaliśmy się do Laosu i pobliskiej Vientiany. Szkoda nam było
wyjeżdżać.

Nie szukaj prowiantu na drogę, to prowiant znajdzie ciebie. 

Więcej zdjęć

sobota, 16 lutego 2013

Jak już pisałam rodzice Sanni zgodziła się byśmy obchodzili z nimi Chiński Nowy Rok. Więc jak to wszystko wyglądało?

Zaczęło się bardzo wcześnie. O godzinie 5 rano wszyscy już byli na nogach. Ostatnie zakupy brakujących produktów na targu, a potem gotowanie. Najpierw u Sunni w domu przygotowałyśmy półprodukty dla jej mamy. Potem przeszłyśmy dwa domy obok do jej babci i cioci. Tam przyrządzania potraw było najwięcej. W kuchni krzątanina jak w Polsce przed każdymi świętami. Tyle tylko, że kuchnia nie taka jak u nas, a kawałek ogrodu za domem. Zamiast kuchenki, kociołek z węglem. Na nim już stał garnek do gotowania na parze, z którego wystawały trzy pokrzywione kurze główki. Dostępu do wody bieżącej w kuchni nie widziałam, wszyscy nabierali ją z wielkich waz stojących w pobliżu. Krojenie warzyw i ziół, których używa się dużo, odbywało się na podłodze. Przyprawy domowej roboty powstają najczęściej w moździerzu. Trzeba uważać, gdy rozgniata się papryczki chili, są bowiem tak ostre, że jeśli odprysną na skórę, to poparzą. Dlatego Sanni nakładała na moździerz woreczek foliowy, żeby nic się z niego nie wydostało. Mi w udziale przypadło obieranie papryczek (odrywanie korzonków), rozbijanie czosnku, mieszanie makaronu, zawiązywanie na supełek ugotowanych pączków kwiatów, robienie sosu do mięsa z papryczek chilli, czosnku i soku z limonki. W efekcie powstało kilka rodzai zup, gotowane kurczaki, makarony, do tego doszły potrawy od drugiej cioci i masa słodkości w liściach bananowca kupionych na targu. No jedzenia pełno.
 A dla kogo to wszystko? Dla Buddy, zmarłych krewnych, bogów/bożków/dusz zamieszkujących w samochodzie, drewnie, wodzie... Tajowie mają rozbudowaną sferę sacrum, wierzą że wiele obiektów posiada duszę/boga/bożka (nie wiem, która nazwa jest najbardziej adekwatna) i do nich się modlą lub zwracają o pomoc. W wielu miejscach można zobaczyć stare drzewa przepasane wstążkami lub nawet posiadające swoje ołtarzyki do składania im szacunku. Śmieszne? A może właśnie piękne, takie życie w poczuciu związku z tym co nas otacza.




Dlaczego przyrównałam ten dzień do święta zmarłych? Bo dla zmarłych krewnych przyrządzało się nie tylko jedzenie, ale także kupowało górę prezentów. Np dziadek Sanni, który zmarł kilka lat temu, dostał buty, koszulę, pasek, portfel a nawet iPhona! A fajerwerki, czyli w tym przypadku głośne petardy, są puszczane po to, by zmarli usłyszeli, że przygotowaliśmy dla nich to wszystko. Wspólne świętowanie ze zmarłymi jest tym łatwiejsze, że ich urny znajdują się w domach, przyozdobione zdjęciami i oczywiście kwiatami, kadzidłami, których używa się do modlitwy (ewentualnie prochy zmarłych umieszcza się w murach wokół świątyń).







 

Kiedy jedzenie było już gotowe, należało je rozdzielić na kilka talerzy, po jednym dla każdego przedmiotu modłów. U Sanni były to trzy talerze - dla Buddy, dla zmarłego dziadka i dla samochodu. U babci, było to aż sześć talerzy, bo dodatkowo jeszcze dla prababci i duchów wody, drewna itd. Składając jedzenie w ofierze, każdy modlił się i zapraszał na ucztę, używając do tego kadzideł (trzy dla Buddy, po jednym dla reszty) następnie wbijało się je w potrawy. Gdy wszystkie się wypaliły, był to znak, że zmarli już zjedli i teraz nasza kolej na konsumowanie. Jeszcze tylko pytające spojrzenia na babcię, która o wszystkim decydowała, czy tu już czas zasiadać do jedzenia, czy czas składać prezenty zmarłym. Najpierw to drugie. W tym celu wszyscy razem dorzucaliśmy papierowe podarunki do ognia. Tata Sanni z Bartkiem puszczali też petardy.








Koło godziny 10.30 wszyscy zgromadziliśmy się na macie na podłodze wokół misek i miseczek z jedzeniem. Jak co dzień, każdy dostał talerz z kupką ryżu (łyżką i widelcem) a resztę nakładał sobie według uznania. Na deser owoce i dziwnej maści słodkości związane z tym świętem. Sanni się śmiała, że jeszcze przez tydzień wszyscy będą je jeść.


Wieczorem miło nam było usłyszeć, że rodzina nas polubiła, bo pomagaliśmy, jedliśmy to co oni, umieliśmy się zachować po tajsku:-) Dodatkowo pierwszy raz babcia nie miała złego humoru podczas święta, co każdy odczuł, więc zostaliśmy zaproszeni na kolejny rok:-)

PS. Święto, które obchodziliśmy z nimi, w prowincji Kanchanaburi, okazało się być dzień przed Chińskim Nowym Rokiem, 9 lutego. 10  luty był przez mieszkańców poświęcony na rodzinne wyjazdy za miasto, pikniki, większość sklepów była nieczynna. Z początku zastanawialiśmy się czy będę go w ogóle świętować, przecież nie ma tam mniejszości chińskiej. Również zastanawiały nas pozostałości po dekoracjach z Nowego Roku 1 stycznia, przecież turystów tam brak. Sanni na to "my obchodzimy wszystkie święta". Prawda, że Tajowie lubią zabawę:-) Tajski Nowy rok obchodzony jest w kwietniu według Kalendarza Buddyjskiego (różnica między naszym kalendarzem Gregoriańskim wynosi 543 lata). Także w Tajlandii mieliśmy rok 2556. W kwietniu jednak rok pozostanie ten sam, bo dla ułatwienia zaczęli zmieniać datę 1 stycznia, co nie zmienia faktu, że to chyba najważniejsze, a na pewno najdłuższe tajskie święto.

piątek, 15 lutego 2013

Thai army

Podróżując nie stronię od zaglądania do każdego sklepu, w którym pojawiają się "plamy" ;-)
Ale o tym kiedy indziej.
Gdy zamieszkaliśmy u Sanni nie wiedziałem, że jej tata jest żołnierzem w pobliskiej Jednostce Wojskowej. Podczas pobytu w ich domu zainteresowały mnie zdjęcia kompani i certyfikat za medal wiszące na ścianie.
Wieczorem przy kolacji tata Sanni przyniósł książkę pamiątkową wydaną z okazji ukończenia kursu Rangera i od tamtego wieczoru przez następne dni mieliśmy wspólne tematy ;-)


Okazało się, że tata jest po kursie Ranger w wersja tajskiej. Muszę tutaj wspomnieć, że armia tajska ma wiele podobnych rozwiązań, co US ARMY. Łączy ich historia. Walczyli po stronie amerykańskiej w wojnie wietnamskiej, do dziś ich  podstawowa broń indywidualna  to  karabiny z rodziny  M16/M60, mundury wzorowane są na ERDL, BDU, najnowszy na MARPATcie,  a amerykańscy żołnierze są częstymi gośćmi  na tajskich ćwiczeniach/kursach.

Kurs Ranger jest właściwie odpowiednikiem amerykańskiego kursu. Ma on przygotować dowódców/liderów.
Trwa 72 dni i posiada cały przekrój szkoleń poczynając od strzelania, walki wręcz (wojskowe Muay Thai), zajęcia wysokościowe, survival. Jak to podkreślał tata Sani trzeba być silnym fizycznie i psychicznie, aby ukończyć szkolenie. Tak jak podczas amerykańskiego kursu, żołnierze są poddawani dużemu wysiłkowi fizycznemu (marsze, pompki, podciągnięcia, biegi), psychicznemu (ciągła presja, minimalny czas na wykonywanie zadań, brak snu).
Ciekawostką jest sposób na jedzenie jajek na stołówce...żołnierze mają je zjadać w taki sposób w jaki jedzą węże, czyli bez użycia rąk oraz w całości.. :-)

Naszywka tajskiego Rangera, to odznaka z wyhaftowaną twarzą pantery trzymającą nóż w kłach, otoczonej liśćmi symbolizującymi..? Dowiem się następnym razem ;-)
Ostatniego dnia tata zawiózł nas do swojej pracy, czyli do jednostki wojskowej - ku mojej uciesze! Miałem okazję zobaczyć nie tylko park maszyn, lecz również muzeum poświęcone weteranom wojny wietnamskiej, coś jak izba pamięci w Polskich JW.


Na terenie Jednostki znajduje się także sklep, w którym za bardzo, bardzo dobre pieniądze żołnierze mogą dokupić wyposażenie. Ja kupiłem spodenki armijne do ćwiczeń  i dwie rożne koszulki Tajlandzkiej Szkoły  RANGER :-) Z właścicielem  sklepu rozmawiało się bardzo przyjemnie. Na pożegnanie otrzymałem zestawy tajlandzkiego  MRE :-)
Wiecej zdjęć

środa, 13 lutego 2013

Kanchanaburi

Czytając blogi innych zawsze napotykałam hasła w stylu "podróżujemy by poznać nowe miejsca, ale przede wszystkim by poznać tamtejszych ludzi i ich zwyczaje". Myślałam sobie, fajnie, ale to chyba jednak naciągane. No bo jak zbliżyć się do obcych ludzi na tyle, by móc mówić, że się ich choć trochę poznało, coś zrozumiało, zobaczyło fragment ich życia. Czasem jednak rzeczywistość przewyższa nasze marzenia. Bo nawet nam się nie śniło, że będzie nam dane popatrzeć z bliska na życie Tajów, a przede wszystkim, że będzie nam dane się z nimi zaprzyjaźnić.


Dzięki portalowi internetowemu, który umożliwia szukanie "hostów", osób, które mogą zaoferować ci u siebie w domu nocleg lub wspólne wyjście lub oprowadzenie po mieście, poznaliśmy się z Sanni. Zgodziła się na nasz przyjazd, do swojej wioski niedaleko miasta Kanchanaburi, w prowincji o tej samej nazwie. Już od samego początku czuliśmy ogromną gościnność. Mówili, że tak u nich po prostu się robi. Potem było tylko lepiej i lepiej. Całe dnie spędzaliśmy razem zwiedzając piękną okolicę i rozmawiając, zadając milion pytań i samemu też opowiadając o Polsce. Dom przy domu mieszkali krewni, równie otwarci i sympatyczni, co rodzice Sanni. Obok domu był ryneczek, świątynia, szkoła, rzeka Kwai i po sąsiedzku pyszne lody:-) Jest to rolnicza okolica, którą porasta przede wszystkim trzcina cukrowa, bananowce, ryż, słodkie ziemniaki, cytryny. Również rodzice Sanni mieli kawałek swojej ziemi, którą bardziej uprawiają hobbistycznie niż zarobkowo. Na co dzień jej mama jest pracownikiem samorządu (spolszczając) a tata jet żołnierzem o specjalności ratownik medyczny. Sanni natomiast od maja będzie nauczycielką angielskiego w szkole (tu również ogromne szczęście, że mogłyśmy bez problemu ze sobą rozmawiać!).

Akurat w tym samym czasie w wiosce odbywał się "festyn" organizowany przez rząd (taki nasz samorząd lokalny). Bardzo ciekawa sprawa. Otóż, wydarzenie odbywa się zaraz po rozliczeniu podatków otrzymanych od mieszkańców. Choć trochę rekompensując, że płacić je trzeba, samorząd organizuje taki jakby festyn, na którym za darmo można np naprawić skuter lub rower, skorzystać z usług fryzjerów i masażystów, pośpiewać karaoke, posłuchać występów, obejrzeć kabaret a do tego najeść się i napić:-) Przez cały czas trwania imprezy można zapisywać na wielkiej tablicy rzeczy, które mieszkańcom doskwierają lub którym im w wiosce brakuje (np. brakowało przyrządów do ćwiczeń nad rzeką, zgłoszono problem z kradzieżami, za komunikowano potrzebę zatrudnienia osoby, która pomoże się przekwalifikować na inny zawód). Następnie samorząd tymi sprawami się zajmuje. Prawda, że miło? My również skorzystaliśmy z bezpłatnych usług, mimo że podatków (jeszcze;-) ) tam nie płacimy - to pewnie dzięki mamie Sanni.


Do Kanchanaburi przyjechaliśmy na jeden, maksymalnie dwa dni. Potem mieliśmy jechać na
północ Tajlandii. Jednak pobyt u nich w domu, wspólne gotowanie i jedzenie, długie rozmowy, oglądanie albumów rodzinnych, możliwość uzyskiwania odpowiedzi na pytania dotyczące ich kraju, kultury, religii, wojska (Bartek ;-) było dla nas tak cenne, że ciągle przedłużaliśmy datę wyjazdu, aż w końcu w ogóle zrezygnowaliśmy z jechania na północ. Mieliśmy nawet możliwość obchodzenia wraz z nimi chińskiego nowego roku, który w tajskim wydaniu był raczej radosnym świętem zmarłych, o czym też napiszemy niebawem. Ostatniego wieczoru zostaliśmy dodatkowo obdarowani prezentami, ale nie nowymi, tylko takimi, które należały do nich, przez co dla nas są jeszcze cenniejsze. Bartek czuł się jakby miał urodziny, bo trafiła mu się "wioska wojskowych" tzn obok jest zlokalizowana największa w Tajlandii jednostka wojskowa (a właściwie kilka jednostek w jednej) i wiele osób w rodzinie było lub nadal jest w wojsku.


I tak Bartek otrzymał mundur od syna cioci, beret, koszulkę i naszywki od taty, mamy też wojskowy hamak i koszulkę, którą się nosi na urodziny króla, ale my możemy w niej chodzić na co dzień i ma to nam przynieść życzliwość Tajów, jak powiedziała nam mama Sanni, a ja dostałam biżuterie, szal i ręcznie robione przez ciocię torebki. Brakowało nam słów, aby wyrazić wdzięczność nie tylko za prezenty, ale za otwartość, gościnność, te wszystkie razy kiedy skoro świt nas zawożono na dworzec a potem odbierano. Oczywiście my staraliśmy się sprawić jak najmniej problemu, ale byliśmy bez szans - nie było dyskusji. Tam się zawsze przywozi i odwozi dzieci, nawet jak są duże, częstuje się i gości. No po prostu brak nam słów, jak dziękować za okazane nam serce.

Teraz jesteśmy w autobusie, kierujemy się powolutku w stronę mostu przyjaźni tajsko-laotańskiej. I już wszyscy tęsknimy i czekamy na kolejne spotkanie. A póki co zostają nam listy i maile ze zdjęciami.

Więcej zdjęć

poniedziałek, 11 lutego 2013

Bangkok

Mówiono nam, że 2 dni na Bangkok w zupełności wystarczą. My natomiast po 3 dniach mieliśmy niedosyt, więc jeszcze wróciliśmy na kolejne 3.



Najpierw bez dokładnej mapy atrakcji włóczyliśmy się po ulicach na północy miasta, taki obszar pomiędzy Kao San Road (mekka beckpakerska, można sobie poczytać i pewnie pooglądać na yt) a Pałacem Królewskim i ZOO (nie tym Wielkim Pałacem Królewskim). Mało ludzi, mało samochodów, za to dużo żółwi i waranów w kanałach, które lubiliśmy tropić oraz drewnianych domów nad wodą skleconych z paru desek, gdzie ludzie wiodą bardzo proste życie. Również bogactwo świątyń i "osiedli mieszkaniowych" mnichów, które bardzo nam się podobały. Przy Golden Mountain była uliczka, przy której mieści się wiele zakładów stolarskich, gdzie za pomocą frezarek, praktycznie na ulicy, powstają piękne drzwi, okna, dekory ale też pamiątki, które w tym miejscu można kupić naprawdę tanio (natomiast ich wysyłka już taka tania nie była ;-p)




Wieczorem pięknie wyglądał Wielki Pałacu Królewskiego i Świątynia Szmaragdowego Buddy oglądany z Sanam Luang, takich wielkich błoni, a na pobliskim nocnym targu nie brakowało jedzenia, ciuchów, butów a nawet fryzurę Bartkowi mogliśmy zmienić.
Chcąc się przepłynąć po rzece promem, tak bez celu, trafiliśmy do wyjątkowego centrum handlowego. Był to przerobiony port, który dalej zachował swój klimat, obecnie mieszcząc w sobie wiele autorskich sklepików. Jednak aby coś zjeść lepiej wyjść na ulice, gdzie zaraz obok ciągną się rzędy wózków z jedzeniem i jadłodajni.



Za drugim razem, już wyposażeni w porządną mapę z zaznaczonymi wszystkimi atrakcjami kolejno odwiedzaliśmy zaznaczone przez nas punkty. Np wodny targ z jedzeniem na obrzeżach miasta, który jeszcze pozostał autentyczny. Chcąc nie chcąc więcej też czasu spędziliśmy na południu miasta, gdzie ciągną się sznurki samochodów i galerii handlowych, w których panuje mikroklimat arktyczny (klima na fula).

Bangkok jest wielki i nawet my nie próbowaliśmy wszędzie dojść na nogach. Do wybory mamy wiele środków transportu. Najtańsze i przyjemne są autobusy bez klimatyzacji, jednak w godzinach szczytu trzeba liczyć kilka godzin na przejazd.  Potem mamy autobusy z klimą, minimalnie droższe, stoją w korkach tak jak i te pierwsze, tylko, że w tych można się nabawić kataru i bólu gardła (znów ta klimatyzacja). Potem są świetne, bo tanie, szybkie i niecodzienne dla nas, tzw long tail boats, pływające drogami wodnymi. Następnie metro (pierwszy raz widzieliśmy puste korytarze metra!) i kolejka naziemna Sky Train - zdecydowanie najszybszy sposób przemieszczania się, ale linia nie jest zbyt rozwinięta. Cenowo pomiędzy MRT Subway a BTS Sky Train lokują się  tuk tuki i ich szaleni kierowcy, które nieodłącznie kojarzą się z Bangkokiem, one mogą być za przystępną cenę lub nie, w zależności od umiejętności targowania się. I taksówki, najdroższe - o nich nie napiszemy, bo nie korzystaliśmy;-P Można było też skorzystać z taksówek-skuterów (kierowcy mieli pomarańczowe kamizelki). A ja się z początku zastanawiałam, jak to jest, że wszyscy faceci podwożący swoje dziewczyny na skuterach pracują przy jakiś robotach drogowych, no bo te pomarańczowe kamizelki noszą.. ;-)

Przylatując do Tajlandii warto poświęcić chwilę temu miastu. Ma w sobie dużą dozę egzotyki, można w nim znaleźć zarówno spokój jak i tętniące życie nocne, z jednej strony jest kulturalnym punktem na mapie, z drugiej kwitnie w nim prostytucja i handel kobietami. Warto też zrobić tam zakupy, nie znaleźliśmy lepszym cen gdzie indziej.  Po prostu, znajdziesz w nim to czego szukasz. Tak myślimy.
Więcej zdjęć