Co my tu mamy

środa, 13 lutego 2013

Kanchanaburi

Czytając blogi innych zawsze napotykałam hasła w stylu "podróżujemy by poznać nowe miejsca, ale przede wszystkim by poznać tamtejszych ludzi i ich zwyczaje". Myślałam sobie, fajnie, ale to chyba jednak naciągane. No bo jak zbliżyć się do obcych ludzi na tyle, by móc mówić, że się ich choć trochę poznało, coś zrozumiało, zobaczyło fragment ich życia. Czasem jednak rzeczywistość przewyższa nasze marzenia. Bo nawet nam się nie śniło, że będzie nam dane popatrzeć z bliska na życie Tajów, a przede wszystkim, że będzie nam dane się z nimi zaprzyjaźnić.


Dzięki portalowi internetowemu, który umożliwia szukanie "hostów", osób, które mogą zaoferować ci u siebie w domu nocleg lub wspólne wyjście lub oprowadzenie po mieście, poznaliśmy się z Sanni. Zgodziła się na nasz przyjazd, do swojej wioski niedaleko miasta Kanchanaburi, w prowincji o tej samej nazwie. Już od samego początku czuliśmy ogromną gościnność. Mówili, że tak u nich po prostu się robi. Potem było tylko lepiej i lepiej. Całe dnie spędzaliśmy razem zwiedzając piękną okolicę i rozmawiając, zadając milion pytań i samemu też opowiadając o Polsce. Dom przy domu mieszkali krewni, równie otwarci i sympatyczni, co rodzice Sanni. Obok domu był ryneczek, świątynia, szkoła, rzeka Kwai i po sąsiedzku pyszne lody:-) Jest to rolnicza okolica, którą porasta przede wszystkim trzcina cukrowa, bananowce, ryż, słodkie ziemniaki, cytryny. Również rodzice Sanni mieli kawałek swojej ziemi, którą bardziej uprawiają hobbistycznie niż zarobkowo. Na co dzień jej mama jest pracownikiem samorządu (spolszczając) a tata jet żołnierzem o specjalności ratownik medyczny. Sanni natomiast od maja będzie nauczycielką angielskiego w szkole (tu również ogromne szczęście, że mogłyśmy bez problemu ze sobą rozmawiać!).

Akurat w tym samym czasie w wiosce odbywał się "festyn" organizowany przez rząd (taki nasz samorząd lokalny). Bardzo ciekawa sprawa. Otóż, wydarzenie odbywa się zaraz po rozliczeniu podatków otrzymanych od mieszkańców. Choć trochę rekompensując, że płacić je trzeba, samorząd organizuje taki jakby festyn, na którym za darmo można np naprawić skuter lub rower, skorzystać z usług fryzjerów i masażystów, pośpiewać karaoke, posłuchać występów, obejrzeć kabaret a do tego najeść się i napić:-) Przez cały czas trwania imprezy można zapisywać na wielkiej tablicy rzeczy, które mieszkańcom doskwierają lub którym im w wiosce brakuje (np. brakowało przyrządów do ćwiczeń nad rzeką, zgłoszono problem z kradzieżami, za komunikowano potrzebę zatrudnienia osoby, która pomoże się przekwalifikować na inny zawód). Następnie samorząd tymi sprawami się zajmuje. Prawda, że miło? My również skorzystaliśmy z bezpłatnych usług, mimo że podatków (jeszcze;-) ) tam nie płacimy - to pewnie dzięki mamie Sanni.


Do Kanchanaburi przyjechaliśmy na jeden, maksymalnie dwa dni. Potem mieliśmy jechać na
północ Tajlandii. Jednak pobyt u nich w domu, wspólne gotowanie i jedzenie, długie rozmowy, oglądanie albumów rodzinnych, możliwość uzyskiwania odpowiedzi na pytania dotyczące ich kraju, kultury, religii, wojska (Bartek ;-) było dla nas tak cenne, że ciągle przedłużaliśmy datę wyjazdu, aż w końcu w ogóle zrezygnowaliśmy z jechania na północ. Mieliśmy nawet możliwość obchodzenia wraz z nimi chińskiego nowego roku, który w tajskim wydaniu był raczej radosnym świętem zmarłych, o czym też napiszemy niebawem. Ostatniego wieczoru zostaliśmy dodatkowo obdarowani prezentami, ale nie nowymi, tylko takimi, które należały do nich, przez co dla nas są jeszcze cenniejsze. Bartek czuł się jakby miał urodziny, bo trafiła mu się "wioska wojskowych" tzn obok jest zlokalizowana największa w Tajlandii jednostka wojskowa (a właściwie kilka jednostek w jednej) i wiele osób w rodzinie było lub nadal jest w wojsku.


I tak Bartek otrzymał mundur od syna cioci, beret, koszulkę i naszywki od taty, mamy też wojskowy hamak i koszulkę, którą się nosi na urodziny króla, ale my możemy w niej chodzić na co dzień i ma to nam przynieść życzliwość Tajów, jak powiedziała nam mama Sanni, a ja dostałam biżuterie, szal i ręcznie robione przez ciocię torebki. Brakowało nam słów, aby wyrazić wdzięczność nie tylko za prezenty, ale za otwartość, gościnność, te wszystkie razy kiedy skoro świt nas zawożono na dworzec a potem odbierano. Oczywiście my staraliśmy się sprawić jak najmniej problemu, ale byliśmy bez szans - nie było dyskusji. Tam się zawsze przywozi i odwozi dzieci, nawet jak są duże, częstuje się i gości. No po prostu brak nam słów, jak dziękować za okazane nam serce.

Teraz jesteśmy w autobusie, kierujemy się powolutku w stronę mostu przyjaźni tajsko-laotańskiej. I już wszyscy tęsknimy i czekamy na kolejne spotkanie. A póki co zostają nam listy i maile ze zdjęciami.

Więcej zdjęć

poniedziałek, 11 lutego 2013

Bangkok

Mówiono nam, że 2 dni na Bangkok w zupełności wystarczą. My natomiast po 3 dniach mieliśmy niedosyt, więc jeszcze wróciliśmy na kolejne 3.



Najpierw bez dokładnej mapy atrakcji włóczyliśmy się po ulicach na północy miasta, taki obszar pomiędzy Kao San Road (mekka beckpakerska, można sobie poczytać i pewnie pooglądać na yt) a Pałacem Królewskim i ZOO (nie tym Wielkim Pałacem Królewskim). Mało ludzi, mało samochodów, za to dużo żółwi i waranów w kanałach, które lubiliśmy tropić oraz drewnianych domów nad wodą skleconych z paru desek, gdzie ludzie wiodą bardzo proste życie. Również bogactwo świątyń i "osiedli mieszkaniowych" mnichów, które bardzo nam się podobały. Przy Golden Mountain była uliczka, przy której mieści się wiele zakładów stolarskich, gdzie za pomocą frezarek, praktycznie na ulicy, powstają piękne drzwi, okna, dekory ale też pamiątki, które w tym miejscu można kupić naprawdę tanio (natomiast ich wysyłka już taka tania nie była ;-p)




Wieczorem pięknie wyglądał Wielki Pałacu Królewskiego i Świątynia Szmaragdowego Buddy oglądany z Sanam Luang, takich wielkich błoni, a na pobliskim nocnym targu nie brakowało jedzenia, ciuchów, butów a nawet fryzurę Bartkowi mogliśmy zmienić.
Chcąc się przepłynąć po rzece promem, tak bez celu, trafiliśmy do wyjątkowego centrum handlowego. Był to przerobiony port, który dalej zachował swój klimat, obecnie mieszcząc w sobie wiele autorskich sklepików. Jednak aby coś zjeść lepiej wyjść na ulice, gdzie zaraz obok ciągną się rzędy wózków z jedzeniem i jadłodajni.



Za drugim razem, już wyposażeni w porządną mapę z zaznaczonymi wszystkimi atrakcjami kolejno odwiedzaliśmy zaznaczone przez nas punkty. Np wodny targ z jedzeniem na obrzeżach miasta, który jeszcze pozostał autentyczny. Chcąc nie chcąc więcej też czasu spędziliśmy na południu miasta, gdzie ciągną się sznurki samochodów i galerii handlowych, w których panuje mikroklimat arktyczny (klima na fula).

Bangkok jest wielki i nawet my nie próbowaliśmy wszędzie dojść na nogach. Do wybory mamy wiele środków transportu. Najtańsze i przyjemne są autobusy bez klimatyzacji, jednak w godzinach szczytu trzeba liczyć kilka godzin na przejazd.  Potem mamy autobusy z klimą, minimalnie droższe, stoją w korkach tak jak i te pierwsze, tylko, że w tych można się nabawić kataru i bólu gardła (znów ta klimatyzacja). Potem są świetne, bo tanie, szybkie i niecodzienne dla nas, tzw long tail boats, pływające drogami wodnymi. Następnie metro (pierwszy raz widzieliśmy puste korytarze metra!) i kolejka naziemna Sky Train - zdecydowanie najszybszy sposób przemieszczania się, ale linia nie jest zbyt rozwinięta. Cenowo pomiędzy MRT Subway a BTS Sky Train lokują się  tuk tuki i ich szaleni kierowcy, które nieodłącznie kojarzą się z Bangkokiem, one mogą być za przystępną cenę lub nie, w zależności od umiejętności targowania się. I taksówki, najdroższe - o nich nie napiszemy, bo nie korzystaliśmy;-P Można było też skorzystać z taksówek-skuterów (kierowcy mieli pomarańczowe kamizelki). A ja się z początku zastanawiałam, jak to jest, że wszyscy faceci podwożący swoje dziewczyny na skuterach pracują przy jakiś robotach drogowych, no bo te pomarańczowe kamizelki noszą.. ;-)

Przylatując do Tajlandii warto poświęcić chwilę temu miastu. Ma w sobie dużą dozę egzotyki, można w nim znaleźć zarówno spokój jak i tętniące życie nocne, z jednej strony jest kulturalnym punktem na mapie, z drugiej kwitnie w nim prostytucja i handel kobietami. Warto też zrobić tam zakupy, nie znaleźliśmy lepszym cen gdzie indziej.  Po prostu, znajdziesz w nim to czego szukasz. Tak myślimy.
Więcej zdjęć

niedziela, 10 lutego 2013

Muay Thai


Po raz pierwszy w Tajlandii zetknąłem się z tą sztuką walki w Bangkoku. Spacerując z Mają pierwszego dnia i rozpoznając miasto natrafiliśmy na spory budynek z dużą ilością Tajów przed wejściem.Gdy podeszliśmy bliżej, ukazał się duży baner graficzny z dwoma zawodnikami, który dał nam  do zrozumienia, że tutaj odbywają się walki Muay Thai. Świadczyły także o tym kasy oraz Tajowie, którzy próbowali nam sprzedać najdroższe bilety w pierwszym rzędzie ;-)

Maja była zdecydowana żeby nie iść (-nie lubi oglądać przemocy), ja owszem ale po sprawdzeniu cen musiałem odpuścić - za ostatni rzad 1000 batów (nieco ponad 100zł)!! :-/
Podróżując po Tajlandii zrozumiałem ze Muay Thai to nie tylko sztuka walki, to część ich kultury, sport narodowy, dla wielu sposób na życie. Nie jednokrotnie przy robieniu zakupów widziałem gazety poświęcone tylko Muay Thai. Będąc w Tracie odwiedziliśmy lokalny klub sportowy, który prowadzony był przez byłego i troszkę już podstarzałego zawodnika Muay Thai.Na dworcach autobusowych czekając na autobusy lub przesiadki oglądałem z miejscowymi zawody transmitowane w telewizji. Okazało się, że przy okazji walki ma miejsce wiele rytuałów dla nas nieznanych.

Będąc drugi raz w Bangkoku bijać się z myślami (czy nie szkoda pieniędzy) Maja przeważyła szale, poczytała także trochę i znalazła informacje ze największe emocje są w II rzędzie. Idę :-)

W informacji podano, że walki zaczynają się o 18.00. Bylem tam pol godziny  wcześniej :-)
Wchodzę do budynku, czuje klimat tego miejsca. Stary wytarty ring, brak nowoczesnych gadżetów tylko dzwonek i loża dla sędziów. Brak ludzi, cisza, lekko żarzące się światło.. myślę, cisza przed burza ;-)
Godzina 18.00, coś jest nie tak...w II rzędzie jestem praktycznie sam, w pierwszym rzędzie siedzi kilku turystów...na ring wychodzi dwóch młodych zawodników w kaskach, ochraniaczach i... trampkach ??!
Żadnych rytuałów o których wcześniej tak dużo słyszałem i widziałem w telewizji...Słuchać uderzenie w dzwon, zaczyna się walka, oglądam i myślę gdzie to Muai Thai? Walka wygląda jak boks. Zawodnicy punktują się uderzeniami ale brak jakichkolwiek kopnięć, już nie wspominając o probie zadania ciosu przeciwnikowi kolanem czy łokciem. ..
Ale lipa! Dałem się nabrać, zapłaciłem 1500batow za teatrzyk dla turystów :-(
 Koniec walki, wychodzą następni..to samo. Chodzi mi już po głowie żeby iść ale nie, zapłaciłem to już obejrzę do końca ;-) Na sali jednak coś zaczyna się dziać. Do mojego rzędu zaczynają schodzić się Tajowie, obok mnie zaczyna się rozstawiać 4 Tajów z instrumentami, Dwa bębny,  flet i dzwonki..dochodzę do wniosku ze  Walki zaczynają się 18.30. To co oglądałem przed chwila to "rozgrzewka" dla tych co przyszli za wcześnie ...uFFF! ;-)

Tego wieczoru odbyło się 9 walk. Emocji jakie towarzyszyły oglądaniu walki nie da się opisać. Walczą młodzi zawodnicy ale są dobrze przygotowani za równo technicznie jak i fizyczni, ciosy jakie otrzymują podczas walk nie jednego powaliły by na ulicy.
Walka trwa 5 rund. Pierwsze 2 rundy wszyscy oglądają w ciszy i spokoju, ale kolejne budzą niebywale emocje. Wokół mnie Tajowie obstawiali zakłady, przekrzykując się i wymachując coś rękami. Z boku wyglądało dla mnie jak by pokazywali sobie zwierzątka z cienia z pomocą rąk, były tam słoniki, wężyki, ptaszki itd. Emocje zebranych budziła nie tyle sama walka, co pieniądze, które można było wygrać lub przegrać. Dwie walki zapadały mi szczególnie w pamięć, jedna to walka w której w pierwszych rundach górował zawodnik w czerwonych  spodenkach. Jednak w trzeciej rundzie coś sie zmieniło, zawodnik w niebieskich spodenkach nagle z postawy biernej przeszedł do ataku, jego ciosy były tak szybkie i silne ze czerwony szybko został doprowadzony do stanu "przednokautowego", sędzią przerwał walkę. Halas na sali jest nie do opisania, słychać było że dużo Thajów straciło w tej walce sporo pieniędzy ;-)
Druga walka zakończyła się w pierwszej rundzie. Zawodnik "czerwony" obijał "niebieskiego". W pewnym momencie chciał wykonać kopniecie na głowę przeciwnika jednak ten przechwycił jego nogę i wywrócił rywala na ring. Czerwony próbował się podnieść lecz niebieski był już przy nim,  wyprowadził cios kolanem trafiając go proste w szczękę. Czerwony upadł z powrotem na ring . Nokaut!  Więcej zdjęć

Ayuttheya

Nie było przesady w opisie tego miasta, że wszędzie rozsiane są w nim ruiny świątyń buddyjskich. Na szczęście już na samym początku zdecydowaliśmy się wypożyczyć rowery. Przez dwa dni jeździliśmy po mieście i okolicach, odmachując raz za razem do wesołych Tajów i oczywiście odwiedzając wszystkie świątynie.
Te pozbawione tłumów turystów, zapadały głęboko w pamięć i dawały odczuć dawną potęgę i blask. Samo miasto też ma przyjemną atmosferę, taką..małomiasteczkową. Fajnie było czuć wiatr we włosach i jeździć sobie, gdzie mapa lub oczy poniosą, co rusz odnajdując jakieś ciekawe ruiny świątyń, parki z rozwalonymi mostkami, mijać słonie pracujące w biznesie turystycznym i o wiele więcej. W ciągu dnia jedliśmy lody a wieczorem stołowaliśmy się w świetnej tajskiej jadłodajni na rogu ulicy - oh co za pyszności tam można było dostać - Pan był mistrzem wok'a i wariacji na temat omletów, podawanych na gorącej patelni. Z lokalnych specjałów furorę zrobiła wata cukrowa zawijana w naleśnik, ALE naleśnik był zielony z kiwi chyba, a wata smaczniejsza, o innej konsystencji:-) A podczas wieczornych wyjść do beckpakerskich barów na internet, odkryliśmy shake arbuzowy - mmmm!


Co do samej jazdy na dwóch kółkach, bez problemu odnajdowaliśmy się po lewej stronie jezdni, a że drogi szerokie to i samochody nie była dla nas męczące. Aż nabraliśmy ochoty, aby wsiąść na rowery na dłużej i dalej ;-)
Więcej zdjęć

piątek, 8 lutego 2013

Park Narodowy Khao Yai

Nie łatwo było nam się do niego dostać... bo nie jechaliśmy z Bangkoku. (Jeśli chcecie poczytać jak mijała nam droga do miasta Pak Chong - bazy wypadowej do parku, to dajcie znać.) A i po przyjeździe nie było lepiej, bo lał deszcz. Dodatkowo zostaliśmy poinformowani o konieczności wzięcia przewodnika lub wycieczki zorganizowanej za ogromne pieniądze. Stwierdziliśmy, że jakoś to będzie i wsiedliśmy do lokalnego pojazdu, który zawiózł nas pod bramy parku.  Khao Yai to najstarszy i największy park narodowy Tajlandii, a podobno i czołówka parków w ogóle w Azji. Na linii północ-południe przecina go droga asfaltowa z nielicznymi "ślepymi" odnogami.

Okazało się, że po parku można się poruszać jedynie swoim pojazdem lub stopem. Ten drugi sposób okazał się działać rewelacyjnie, a my mieliśmy nie małą frajdę jeżdżąc na pakach pickupów.
Na trzy dni zamieszkaliśmy pod namiotem na bardzo malowniczym polu kempingowym, niestety bez ciepłej wody, co doskwierało, bo poranki i noce były tam chłodne. Na polu zatrzymywali się Tajowie i cały swój czas poświęcali na grillowanie, gotowanie i jedzenie zazwyczaj w większej grupie. \

Już tego samego dnia po przyjeździe wypogodziło się, a my ruszyliśmy na pierwszy szlak. Po trzech dniach byliśmy usatysfakcjonowani zrobionymi trasami i tym co udało nam się zobaczyć. I tak, chodziliśmy po różnorodnych trasach pod względem trudności i szaty roślinnej, były wodospady, były odgłosy dżungli, liany, stare wysokie aż po chmury drzewa. Widzieliśmy tukany, które ruszając skrzydłami robiły ogromny hałas, uciekaliśmy z jedzeniem przed małpami, wyciągaliśmy pijawki z nóg Bartka, karmiliśmy jelenie, goniliśmy jeżozwierze, spotkaliśmy w nocy na drodze dzikiego słonia. Poznaliśmy też gościnności Tajów, którzy czasem nawet nie proszeni się nam zatrzymywali samochodem albo dzielili się sami z siebie z nami posiłkiem. Także mimo początkowych trudności i mojego stresu, że zje nas tygrys, było pięknie i z pewnością warto.

wiecej zdjec


PS. Tylko wszędzie czuć było sabotaż samodzielnych wypadów po parku. Mapy źle narysowane, niektóre szlaki nie miały oznakowanych wejść, nie było informacji o długości i trudności tra,s a pytając się kogoś na miejscu, słyszeliśmy tylko tyle "że musimy z przewodnikiem". Przez te trzy dni spotkaliśmy tylko jedną wycieczkę i jedno małżeństwo z wynajętym przewodnikiem. Trasy, jak się już udało na nie wejść były oznakowane i w większości z wydeptaną ścieżką (te rzadziej uczęszczane były już mocno zarośnięte a liczne obalone drzewa czasem uniemożliwiały przejście i trzeba było obchodzić). Inaczej niż po szlakach chodzić się nie dało, bo dżungla jest tak gęsta, że nie ma szans na przedarcie się bez jakiegoś narzędzia typu maczeta.

niedziela, 27 stycznia 2013

Głupi ten, kto głupio robi

W HK na Peak zjeżdża się masa turystów, do samej kolejki, która wiozła nas na górę czekaliśmy ponad godzinę. Nic też dziwnego, że u góry jest centrum handlowe, w którym jest mnóstwo sklepów z pamiątkami, salon figur woskowych, barów, restauracji. Właśnie, restauracji...zwykle nie zwracamy uwagi na nie, ale ta była wyjątkowa!

 Pamiętacie Foresta Gumpa... jak w filmie założył firmę Baba Gump?!


                     One istnieją naprawdę :-) Oczywiście zostały zainspirowane filmem.





Przeczytałem w wiki, że jest to sieciówka jak MC czy KFC. Największa ilość restauracji znajdują się w USA, ale są także w Japonii, Meksyku, Malezji i właśnie w Hong Kongu.

Obok restauracji znajdował się sklep z różnymi rzeczami nawiązującymi do filmu. Np paletki do ping ponga z wizerunkiem Foresta, tablice blaszane z rożnymi cytatami z filmu, czapeczki z daszkiem w jakich chodził filmowy bohater itp. My zakupiliśmy do domu otwieracz do butelek w kształcie paletki do ping ponga z logiem restauracji Bubba Gump:-)






O samym menu niestety nie możemy nic więcej napisać, bo ceny były nie na nasza kieszeń. Hong Kong zmiażdżył nasz budżet ale może następnym razem ;-)

 Za to nie omieszkaliśmy zrobić pamiątkowych zdjęć. Przy sklepie znajdowała się ławka Foresta Gumpa, na której można przysiąść i zrobić sobie zdjęcie z walizką, pudełkiem czekoladek i jego wybieganymi butami Nike ;-)


Śmiejemy się, że jeden tekst z tego filmu pasuje do naszej podróży jak ulał:
"życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz co ci się trafi" :-)



sobota, 26 stycznia 2013

King kongi, pierwsze promienie słońca, drapacze chmur, droga przez las pełna przygód i gościna u Pana Marka

(Hong Kong 10.01.13 - 15.01.13)

Około godziny 6 rano dojechaliśmy nocnym (kuszetkowym) autobusem z Xiamen do Shenzhen. Szkoda było wysiadać - tak dobrze nam się spało. Z dworca już tylko kilka kroków do przejścia granicznego z Hong Kongiem, które wygląda jak odprawa na lotnisku. Mieszkańcy HK sami się "odprawiają" przyciskając kciuk do skanera, co otwiera bramki. My podążaliśmy za turystami. Jeszcze tylko wyciągnięcie lokalnej waluty z bankomatu i idziemy na przystanek metra w stronę miasta.
Dostaliśmy wskazówki dojazdu w umówiony punkt od Pana Marka, który zaproponował nam gościnę. Potem jeszcze autobus, mini bus, prom i byliśmy na miejscu - dom znajdował się na półwyspie, miał swoją przystań, z balkonu było widać morze i zielone wzgórza.
Jedynym sposobem dostępu lądem do centrum sympatycznego, niedużego miasteczka był około 40 minutowy marsz przez wzgórze porośnięte tropikalnym lasem. Z przyjemnością pokonywaliśmy tę trasę.. do czasu, ale o tym za chwilę.








No dobra, do rzeczy. HK jest ogromne, składa się z dwóch większych wysp i części na stałym lądzie tzw Nowe Terytoria. Do tego wszystkiego dzielnice, są bardziej jak miasta i tak też się je nazywa. My odwiedziliśmy turystyczne "must see": na wyspie Hong Kong: drapacze chmur i nowoczesna architektura, najdłuższe na świecie schody ruchome, choć nie w jednym ciągu, "mid levels elevator" - super - które rano jadą w dół do dzielnicy biznesowej, a po godzinie chyba 10 w górę, do dzielnicy mieszkaniowej przecinając dzielnicę barów i restauracji (zapewne powstałych dość niedawno ze względu na turystów), ogród botaniczno-zoologiczny - warto zwłaszcza, że to miły odpoczynek od ruchliwego miasta, Peak i Peak Tram, a po drugiej stronie na lądzie: aleje gwiazd, Heritage (dawna siedziba policji morskiej) -piękna architektura, teraz jest to centrum handlowe i restauracje, Wielkiego Budde na wyspie Lantau. Na lądzie warto też było odwiedzić ogród w stylu chińskim ze świątynią buddyjską (nie podawany w przewodniku) oraz ptasi targ przy stacji metra Prince Edward - bardzo nam się podobał (przed chwilą przeczytał, że nie warto tam się zjawiać ze względu na smutny widok np. masowe głaskanie papug przez turystów. My byliśmy przed samym zamknięcie, oprócz nas nie było prawie nikogo z oglądających, żadnemu ptaku nie działa się krzywda. A to, że w klatkach...no cóż, to taki duży sklep zoologiczny w końcu).



















Jeszcze wspomnę o środkach transportu, który był wyjątkowo różnorodny: metro, promy, autobusy piętrowe, minibusy, tramwaje. Za wszystko płaciliśmy miejscową kartą octopus, za którą nam jednak przyszło dopłacić na koniec po 9 HKD, za zwrot przed upływem 3mieś, ale to wciąż najwygodniejsza forma płatności. A HK jest ogromny, więc na nogach nie ma szans by go złazić. Jak już jesteśmy przy pieniądzach... Ceny wbijały nas w ziemię. Dolar HK nazywaliśmy King Kongiem, który za nic miał nasz dzienny budżet, mimo, że za nocleg przecież nic nie płaciliśmy (ogromne podziękowania dla Pana Marka, pozdrawiamy:-).

Jednak najbardziej w pamięć zapadło nam miasteczko Sai Kung, obok którego mieszkaliśmy przez ten czas. Spędzając w nim leniwą niedzielę i kilka popołudni mogliśmy podpatrzeć mieszkańców. Wielu z nich to biali, którzy mieszkają tam na stałe a ich styl życia wydaje się bardzo przyjemny, w dużej mierze związany z wodą (oczywiście nie chodzi o rybołówstwo a o żeglarstwo, budownictwo w sąsiedztwie zatoki itp). Miasteczko, jak każde w HK, posiadało świetną infrastrukturą - publiczne boiska i obiekty sportowe, na których zawsze coś się działo. Było to też miejsce, w którym psy cieszyły się specjalnymi względami, choć powątpiewam czy były z tego powodu w siódmym niebie. I tak były całe centra kosmetyczne dla nich, basen, sklepy z akcesoriami, właściciele wozili je w wózkach (dokładnie takich jak dziecięce spacerówki tylko z płaskim dnem). Był też ogród warzywno-botaniczny, takie centrum edukacyjne dla dzieci z zakresu agrokultury/biologii. Jednym słowem, przyjemnie.

Do pewnego czasu przyjemne było też chodzenie przez las z miasteczka do domu na półwyspie. Jak wspominałam był to całkiem spory kawałek.  Pewnego razu zdarzyło nam się wracać w środku nocy. Weszliśmy w las i....coś za nami szło w krzakach...po chwili okazało się, że jest tego więcej... Gdy Bartek nakierował latarkę w tamtą stronę było widać oczy. Niepokoiło nas, że te niewiadomo jakie zwierzaki wcale się nas nie boją... Że nie znamy tutejszych leśnych realiów postanowiliśmy się wycofać i pójść na prom. Okazało się, że o tej godzinie już nie pływa, co było jednak do przewidzenia. Co robić?!

 No trzeba przez las. Wzięliśmy po bambusie do ręki, po latarce, Bartek w kieszeni miał nóż w drugiej gaz i w drogę. Hałasowaliśmy ile wlezie już od samego początku. Pomogło. Po 40 minutach w ciemnościach byliśmy w domu. Myśląc, że to było ryzyko. Nie dalej jak na drugi dzień, okazało się, że spacer do domu zeszłej nocy to był pikuś w porównaniu z tym, z czym zmierzyć się musieliśmy tego dnia. Gdy niespodziewania nasze zwiedzanie HK się przedłużyło, okazało się, że znów wracamy po ciemku, tym razem jednak nie mieliśmy ze sobą żadnej latarki, ani noża, ani gazu. Oczywiście prom już nie kursował. Nie ma wyjścia, idziemy przed siebie. Patrzymy - idzie miejscowy z latarką. Hm może idzie tam gdzie my. Trzymamy się w bliskiej odległości od niego. Skręca, niedobrze. Zagaduje o latarkę, czy by nie pożyczył. Pan oferuje, że nas odprowadzi. Oczywiście okazuje się, że się nie zrozumieliśmy i przy linii lasu Pan wybucha śmiechem na hasło, że my przez ten las idziemy do domu. Mówi, że dalej nie pójdzie, że las jest niebezpieczny i że on jest w drodze do pracy - jest ochroniarzem w przystani jachtowej. W końcu uzgadniamy, że pożyczy nam latarkę a my mu ją jutro zwrócimy o 6 rano, bo wtedy kończy zmianę. Na do widzenia mówi jeszcze, żebyśmy nie wchodzili w las, bo tam jest niedźwiedź. A to nowość, wcześniej ostrzegana nas tylko przed małpami i dzikami. Znów sięgamy po pałki z bambusów i w drogę szybkim marszem z dużą ilością hałasu. Tak sobie myślimy teraz, że Pan mówiąc niedźwiedź może myślał o dziku... Z którym na do widzenia się spotkaliśmy, idąc już z plecakami ostatniego dnia. Pojawił się na naszej drodze po czym wycofał  się i Hrumknął na nas z za krzaka. Może mówił "nara" ;-)




kuchenne rewolucje ;-)

Już w pierwszych dniach skończyły nam się "zapasy z domu". Żywimy się tylko tym, co znajdziemy na ulicy. Dosłownie ;-) Ponieważ, zarówno w Chinach jak i Tajlandii,  na ulicach jest pełno małych jadłodajni i wózków z jedzeniem, na których można znaleźć: zupy, owoce, grill, wok, przeróżne rzeczy w cieście smażone na głębokim oleju, każdy specjalizuje się w czymś innym. Zazwyczaj takie wózki z jedzeniem występują stadnie ;-) tzn są ulice wzdłuż których ciągną się takie kramiki z lokalnym jedzeniem. Uwielbiamy chodzić między nimi, przyglądać się co i jak jest przyrządzane i wybierać, co spróbujemy tym razem.
Mimo iż wydawać by się mogło, że jedzenie miejscowych potraw zwłaszcza sprzedawanych na ulicy mogło by nam zaszkodzić,  to jednak wszytko jest dobrze, a jak by tego było mało strasznie nam smakuje, zarówno Chińska jak i Tajlandzka gastronomia (oczywiście podchodzimy do wszystkiego z głową i stosujemy między innymi zasadę jedz tam, gdzie siedzą miejscowi ;-)

Miejscowe potrawy nie mają nic wspólnego ze znanym w Polsce "chińczykiem". Jedzenia jest tutaj masa i to najróżniejszego poczynając od nudli z warzywami przez szaszłyki z kurczaka, ryby na patyku, krabach na parze, małżach grillowanych, na skorpionach i pszczołach z mrówkami zawiniętych w liść kończąc.





















Nie tylko sam wygląd potraw jest inny od tego znane nam z domu, ale przede wszystkim poznajemy mnóstwo nowych smaków.Niestety część z nich jest nam nie dostępna, bo tak ostra, że nie możemy przełknąć ;-) Ja nie lubię ostrego, Maja te słabsze próbuje..Oskar jeśli czytasz, to wiedz że tobie by się podobało :-)

Wiemy już jak smakuje np konik polny,  larwy, kałamarnice... ale nawet ryż z warzywami smakuje tutaj inaczej, dużo lepiej :-)

Jednak nie wszytko złoto co się świeci... przekonaliśmy się o tym wczoraj będąc w Tracie. Na miejscowym nocnym targu zauważyłem pięknie wyglądające stoisko "cukiernicze". Ciasta, ciasteczka, galaretki i wszytko w przystępnych cenach SUPER jestem w raju. Nakupowałem więc dużą ilość wszystkiego po jednym :-D
Jednak gdy próbowaliśmy to zjeść okazało się, że ze wszystkich "cukierków" tylko dwa względnie nam smakują :-/
Wbrew temu, co możecie pomyśleć, nie żałuję...jeszcze nie raz kupię takie cudaki :-) To jedna z tych rzeczy, która powoduje, że w pełni doświadczamy egzotyki danego miejsca. 

Ogromną frajdę sprawiają nam również...soki i shaki owocowe. Tutaj zawsze, gdy kupuje się soki od miejscowych, są one naprawdę ze świeżych owoców...mandarynki, banany, arbuzy, ananas, papaya itd
W Polsce trzeba płacić za mała szklankę 7-10 zł. Tutaj świeży sok w dużej szklance w turystycznym miejscu można kupić za 3zl :-)

To jeszcze wspomnijmy czym się tu je. Każdy wie, że w Chinach - pałeczkami. Bardzo nam się to podobało, całkiem nieźle szło, więc kupiliśmy sobie garść pałeczek (każda para inna) do domu. W Tajlandii częściej niż pałeczkami je się sztućcami. Ale nie tak jak u nas:-) Tutaj korzysta się z łyżki i widelca - widelcem się rozdrabnia i nakłada na łyżkę.

piątek, 25 stycznia 2013

W poszukiwaniu bezludnej wyspy i rajskich plaż

W zimnych Chinach marzyliśmy o wysokich temperaturach. W Hong Kongu, mieszkając na spokojnym półwyspie z przejrzystą wodą, pomostem i bujną zielenią stwierdziliśmy, że nie wracamy do Chin tylko lecimy prosto na południe. Ta decyzja nas uskrzydliła. Znaleźliśmy tani lot z Air Asia prosto do Bangkoku i tak wylądowaliśmy w Tajlandii. (Do tego etapu podróży jeszcze w opisach wrócę, ale teraz chciałabym opisać nasz pobyt na wyspie Koh Chang, siedząc właśnie w altanie z dachem palmowym nad samym morzem.)



Nie mamy przewodnika, ale wiedzieliśmy, że szukamy wyspy z pięknymi plażami, przejrzystą wodą i jak najmniejszą liczbą turystów. Z przeczytanych artykułów i opinii na forach te kryteria spełniała wyspa Koh Chang blisko granicy z Kambodżą. Po przyjeździe okazało się, że w ostatnim czasie liczba hoteli, domków i turystów powiększyła się znacznie, ale nie ma tu tłumów. Są za to wyższe ceny i nie w każdej wiosce można się stołować na ulicy. Dotarliśmy tu bez problemu nocnym autobusem z Bangkoku a potem promem.

Spędziliśmy tu cudowny tydzień. Oprócz urokliwych plaż, odbyliśmy też naszą pierwszą jazdę skuterem, mój pierwszy raz na kajaku, Bartka polowanie na kokosy. Najwięcej wrażeń, obok świetnych bungalowów w nieco wyższym standardzie, na które dwukrotnie sobie pozwoliliśmy, dostarczyło nam jednak wyruszenie kajakiem, wypełnionym ekwipunkiem, w poszukiwaniu bezludnej wyspy. Odwiedziliśmy 5 wysp/wysepek z czego wybraliśmy tą wymarzoną  i spędziliśmy na niej noc i poranek. Tylko komary przypominały nam, że nie jesteśmy w raju. To przez nie, przy 30 stopniach musieliśmy spać w śpiworach przykryci po koniuszek głowy, budząc się co chwile, żeby wstać i się ochłodzić, wachlując się przy tym chustą i ręcznikiem jak koń ogonem. Podczas takich spacerów w te i z powrotem (plaża była malutka, reszta to skały i las) obserwowaliśmy nocne łowienie kałamarnic nieopodal wysepki oraz morskie algi świecące na niebiesko jak świetliki. Rano, wschód słońca i kąpiel z rybkami podpływającymi pod sam brzeg.



Dzisiaj wyjeżdżamy i kierujemy się w stronę Parku Narodowego na pn.-wsch. kraju. Trochę informacji jest też dodanych przy zdjęciach na profilu FB, Podróżujemy Razem które dzisiaj wrzuciliśmy.

Tyle się dzieje, że ciężko wszystko tutaj opisać, zwłaszcza, że czas na to i dostęp do sieci też jest ograniczony, dlatego jesteśmy otwarci na sugestie dotyczące tematów poruszanych w postach, może czekacie na jakieś konkretne info? W razie sugestii, pytań dawajcie znać w komentarzach:-)




czwartek, 17 stycznia 2013







Więcej zdjęć pod adresem fejsbukowym, na Podróżujemy Razem: zdjecia z Chin





Za nami już Hong Kong, niebawem coś więcej na ten temat.
Tymczasem gorące pozdrowienia z Bangkoku:-)